W najnowszym numerze...

fot. Arek Łuszczyk

Na warsztaty poetyckie do Miastka, a właściwie Trzcinna k/Miastka, jechałam z myślą wyniesioną z domu – że ludzie piszący wiersze mają jednak coś wspólnego z kosmitami. Mówią innym językiem, nie dla wszystkich zrozumiałym. Często się obrażają, gdy ktoś nie wie, co mieli na myśli, pisząc swoje bezrymowe frazy, albo oczekują wyłącznie pochwał i klepania po plecach. To dotyczy zwłaszcza tych, którzy za ciężko zarobione pieniądze wydają nasty tomik w swojej poetyckiej karierze. Oczywiście wiedziałam, że strawna dla odbiorcy twórczość to nie egzaltacja nad motylem przysiadającym na kwiatku, tylko – oprócz wrażeń – również solidna praca. Niemniej jednak do dołączenia do grona poetów jakoś mi się nie spieszyło. By nie powiedzieć, najchętniej trzymałabym tu bezpieczną odległość. Decyzja o wyjeździe łączyła się z chęcią nauki pisania lepiej niż dotychczas oraz przekonaniem, że praca nad językiem nie jest sprawą wyłącznie miłośników liryki.

Główni organizatorzy wyjazdu – Dorota Ryst i Sławomir Płatek – zarząd Stowarzyszenia Salon Literacki oraz redakcja gazety internetowej tegoż, jako inicjatorzy całego zamieszania już po raz dziewiąty, oczywiście wiedzieli, co robią, co zechcą nam przekazać, o rozćwiczenie jakich partii literackich zginaczy i prostowników chodzi. Mogę się domyślać, że przy kilkuletnim doświadczeniu w organizacji tego typu przedsięwzięcia wiele sytuacji jest do przewidzenia, pewnych zachowań czy mechanizmów działania grupy można się też spodziewać. Co do profesjonalizmu organizatorów w podejściu do warsztatowiczów nie miałam żadnych wątpliwości. Dorota dbała, by każdy czuł się dobrze, ale też otrzymał to, po co przyjechał – rzetelną informację zwrotną na temat swojego pisania. Sławek łapał balans pomiędzy luźnym i humorystycznym obyciem a przekazywaniem konkretnej wiedzy i udzielaniem wskazówek. Oboje wraz z głównym prowadzącym – Olgerdem Dziechciarzem – stanowili zgrany zespół z bogatym doświadczeniem w zakresie pisania, wydawania książek, spotkań autorskich. Znali realia rynku branżowej prasy i wydawnictw. Każde z nich wnosiło coś od siebie, a jednocześnie znakomicie się uzupełniali.

fot. Arek Łuszczyk

Okolica, w której przez cztery dni szlifowaliśmy słowa, sprzyjała słuchaniu, w tym własnych myśli, i byciu samemu ze sobą podczas pisania, ale też spacerom czy integracji. Zielony krajobraz z widokiem na jezioro, pomost i część lasu nieustannie kusił mnie możliwością ucieczki i zaszycia się bliżej przyrody. Dwójka miłośników fotografii, by uchwycić w kadrze mgły, które jeszcze nie opadły, wstawała nawet o 5 rano! Integracji sprzyjały wspólne posiłki (pierwszy z nich – grill pod wiatą, wpisał się w konwencję majówkowego biwakowania) oraz wieczorno-nocne Polaków rozmowy. Ważnym elementem, który też pozwolił nam lepiej się poznać, była wycieczka do Miastka, oglądanie filmu o miejscowości i okolicach oraz spontaniczny konkurs. Obdarowani gadżetami promującymi region ruszyliśmy na spacer po centrum, a następnie po lesie w poszukiwaniu kryjówek legendarnego Rummela – lokalnego zbója zabierającego bogatym, a dającego biednym. Gospodarzem spotkania w urzędzie oraz przewodnikiem wycieczki był pan Konrad Remelski, naczelnik Wydziału Rozwoju Lokalnego i Promocji UM Miastko. Anegdotami i opowieściami z charakterystycznym poczuciem humoru zapewnił nam nie tylko dobrze spędzony czas, ale również inspirację do dalszego pisania.

W końcu to ono było głównym powodem i treścią naszego czterodniowego (30.04-3.05) pobytu w gospodarstwie agroturystycznym Przepiórcza Farma w Trzcinnie. Szybko, bo już pierwszego dnia, okazało się, że przybyli tu doświadczeni w tworzeniu warsztatowicze. Niektórzy mieli za sobą debiutanckie publikacje oraz spotkania autorskie. Inni byli laureatami konkursów poetyckich. Pisanie na zadane i omawiane tematy większości uczestników nie sprawiało zbyt wielkiego problemu. Przynajmniej tak właśnie wyglądało to z mojej perspektywy. Kosmici w miarę sprawnie zestroili się z nadawaną częstotliwością, a na wszelkie informacje o zakłóceniach i konieczności podkręcenia odbiornika nie reagowali obrażaniem się, nie żywili urazy. Muszę przyznać, że podziwiałam ich m.in. z tego powodu. Pisanie jest jakimś aktem odsłonięcia się – czytamy w końcu swoje osobiste zapiski, przemyślenia, ujawniamy nasz sposób odczuwania. Trzeba mieć pewien dystans i jakiś rodzaj odporności, by życzliwie i chętnie przyjąć krytykę, komentarze. A są to naturalne efekty testowania odbioru własnych tekstów na żywej publiczności, nawet jeśli są to uczestnicy warsztatów i sytuacja komunikacyjna jest nieco aranżowana.

fot. Arek Łuszczyk

Już po kilku ćwiczeniach dało się zauważyć, że poziom tej edycji jest wysoki. Dla mnie najbardziej widoczne było to w ćwiczeniach pisania wierszy na konkretny temat, takich jak patriotyzm, religia, miłość i śmierć, ale też w stylizacjach na wybranego poetę czy tekstach powstałych po wycieczce do Miastka. Ciekawie wprowadzał i omawiał niełatwe do ujmowania w poezji współczesnej treści Olgerd Dziechciarz. Jego opowieść o związku z miejscem, z którego się wywodzimy, wpisaną w ten wątek historią, zaowocowała kolejnym ćwiczeniem – pisaniem wiersza z myślą przewodnią „moja prowincja”. Przykłady współczesnych poetów, którzy lokalność uczynili treścią swojej twórczości, pogłębiły refleksję. W czasie tych wprowadzeń pojawiła się również dyskusja na temat samego sensu pisania, celów i powodów wyrażania za pomocą słowa tego, czego się doświadcza. Każdy miał szansę podzielenia się własnymi odpowiedziami. Było to równie otwierające, jak integrujące nas ze sobą. Ważny element całości stanowiły też wieczorne prezentacje – minispotkania autorskie. Tu można było się dowiedzieć, w jaki sposób jesteśmy odbierani przez publiczność, samodzielnie odpowiedzieć na najczęściej padające w takich sytuacjach pytania, które czasem bywają dla autora kłopotliwe. Był to cenny czas informacji zwrotnych, nad czym warto popracować, czego się strzec, kiedy wypadamy słabo, a kiedy lepiej. W tych chwilach również podziwiałam talenty, a czasem zimną krew uczestników. Równie ważna okazywała się odwaga, by mierzyć się ze stresem i tremą, oraz otwartość na to, co powiedzą słuchacze.

Przez cztery warsztatowe dni role się zmieniały i odwracały. Prezentujący teksty za chwilę stawali się słuchaczami i komentatorami. Prowadzący zajęcia zadawali ćwiczenia i podpowiadali, nad czym mamy pracować, a następnie każdego wieczoru sami po kolei zamieniali się w gościa specjalnego, którego zadaniem jest autoprezentacja, odpowiadanie na pytania, wprowadzenie w swój poetycki świat. W wielu zaistniałych przez ten czas pracy sytuacjach nie dali odczuć, że dzielimy się na mistrzów i uczniów. Zapanował klimat wspólnej nauki i szukania najlepszych rozwiązań, by indywidualnie i wspólnie wyrażać się poprzez pisanie. Ostatni dzień warsztatów był poświęcony temu, w jaki sposób przygotować się do debiutu, nad czym pracować wcześniej, gdzie publikować, jak rozpoznać rozwojowe drogi i odróżnić je od tych, które prowadzą na manowce. Był to też czas rozmów o twórczości konkretnych autorów, konfrontacji naszych gustów, opinii. Zwieńczeniem wyjazdu stał się turniej jednego wiersza, który w tym roku wygrała Anita Wiśniewska, obecna na wszystkich edycjach warsztatów. Nagrody laureatom i wyróżnionym wręczył przybyły specjalnie na ten finał pan Konrad Remelski.

fot. Arek Łuszczyk

W drodze powrotnej poczułam, że w ciągu tych kilku dni odbyło się tu coś bardzo ważnego. Nastawiona sceptycznie do piszących wiersze obcych, miałam szansę zbliżyć się i zrozumieć, że w wielu sytuacjach związanych z pisaniem sporo nas łączy. Jest w tym chęć rozbawienia odbiorcy i dzielenia się tym, co i mnie bawi. Jest też potrzeba ocalenia osób, które odeszły nagle i w żaden sposób nie mogę się z nimi skomunikować. Jeśli ja o nich nie opowiem, nikt inny może tego nie zrobić. W końcu – jakieś zaproszenie do swojego świata myślenia i odczuwania, który może stać się wspólny i zrozumiały, jeśli druga osoba, czytelnik, poświęci mu czas. Zada odpowiednie pytania, by zrozumieć, i zechce wysłuchać odpowiedzi. Może się przy tym okazać, że te sprawy żyją również w odbiorcy i zarezonują w momencie, kiedy nie będzie się tego spodziewał. Mniej samotnym można się poczuć dzięki tej całej poezji – tak to jakoś zrozumiałam podczas tych czterech dni.

Na koniec Dorota dziękowała wszystkim za udział i wspomniała, że tak zgranej grupy, życzliwej sobie i wspierającej się jeszcze tutaj nie było. Olgerd dodał, że nie czuł się jak ktoś, kto ma nauczać, bo dzieli nas wiedza i staż, ale działamy razem, by jak najlepiej pisać. Sławek zachęcał do pielęgnowania tego stanu twórczego podniecenia i jednocześnie myśli, co dalej, by nie zakończyło się na jednym ostatnim dniu kwietnia i trzech majowych.

Wyjeżdżając, już w samochodzie poczułam, że za nimi tęsknię. I za widokami z okna, i za tą bandą pełną dobrych słów.

Aleksandra Nizioł

 


 

Warsztatowe migawki

fot. Arek Łuszczyk

 

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.