W najnowszym numerze...

Miasto Poezji - Lublin

26.05.2015 r., godzina 14:50, PolskiBus zajeżdża na lubelski dworzec autobusowy. Wysiadają z niego m.in.: Marcin Kleinszmidt, Dominika Kaszuba i ja, młodociani goście festiwalu Miasto Poezji. Marcin jest już stałym bywalcem – trzeci raz uczestniczy w tej poetyckiej imprezie. Dla Dominiki to też nie pierwszyzna, była w Lublinie dwa lata wcześniej. Ja za to jestem całkowicie zielona: pierwszy raz korzystałam z usług PoslkiegoBusa, pierwszy raz jestem na festiwalu, pierwszy raz jestem w Lublinie. Pogoda dopisuje, ciepło – ponad 20 stopni (a miało padać!), Dominika wysnuwa hipotezę o polepszaniu się warunków pogodowych w miarę kierowania się na południe, ja uważam, że funkcjonują jakieś rodzaje pasów meteorologicznych (słońce, deszcz, słońce, deszcz, bęc). Parę kroków od dworca wita mnie beza, która przybrała postać zamku i szczerzy się do turystów. Lublin zachwyca już na dzień dobry, lepiej być nie może.

Ta pozytywna energia, ten zachwyt zostały ze mną przez cały tydzień, chociaż takiej ulewy jak ta w Lublinie nie pamiętam. Jakby Czerwone Gitary miały jakiś dar prorokowania: Ciągle pada! Ludzie biegną, bo się bardzo boją deszczu. Stoją w bramie, ledwie się w tej bramie mieszcząc. Bo ludzie rzeczywiście stali w Bramie Grodzkiej. Siedzieli. Czytali. Słuchali. Pomimo i na przekór wszystkiemu. Zainteresowanych nie brakowało absolutnie nigdzie, chociaż program był tak bogaty, że nie sposób było uczestniczyć we wszystkich atrakcjach festiwalu. Organizatorzy starali się działać na każdym możliwym polu, wybór aktywności był naprawdę duży: warsztaty, koncerty, spotkania, lekcje, wystawy i… można by wymieniać jeszcze długo. Każda przestrzeń zdawała się być zawładnięta przez poezję bez jakichkolwiek kompromisów. Poddały się temu szkoły, kawiarnie, domy kultury, ale także place, ulice i mieszkania. Ta absolutnie niezwykła przestrzenność, miejskość festiwalu wydaje mi się jego głównym atutem i aspektem, któremu warto przyjrzeć się bliżej.

Usiłuję bywać, przynajmniej od czasu do czasu, na różnych festiwalach literackich w Polsce i przy olbrzymiej sympatii do wielu z nich, działania prowadzone w Lublinie wydają mi się zakrojone na olbrzymią skalę. Możliwe jest to oczywiście dzięki przestrzeni, jaką daje i generuje samo miasto, ale wynika jednak w głównej mierze z zaangażowania organizatorów i przychylności mieszkańców. Nazwa festiwalu jest bardzo adekwatna do jego charakteru. Jeśli jakieś miasto może stać się miastem poezji, to z Lublinem pod koniec maja tak właśnie się stało. Miasto oswoiło poezję. Okazała się ona swoistego rodzaju obszarem, który można zazębić ze stolicą województwa lubelskiego. Na co dzień przestrzenie te niekoniecznie są ze sobą zgodne: poezja musi godzić się na istnienie w zamkniętych, bardzo wyspecjalizowanych enklawach, z których możliwości poruszania się na zewnątrz i do wewnątrz są mocno ograniczone. Tutaj zrobiła krok w oba te kierunki. Słychać ją było na ulicach miasta i, co ważniejsze, naprawdę ją słyszano – ludzie zatrzymywali się, niekiedy nawet wykazywali aktywność i zaangażowanie, na przykład czytając wiersze do muzycznego podkładu. Weszła także do mieszkań; ten pomysł wydaje mi się trafiony w dziesiątkę. Atmosfera domu sprzyja tworzeniu bliższego kontaktu autor - odbiorca. Spotkanie Dominiki i Marcina prowadzone przez Rafała Różewicza, a organizowane przez Rafała Rutkowskiego w jego mieszkaniu, naprawdę przerodziło się w swobodną rozmowę czytelników i poetów. Było trochę tak, jakbyśmy wszyscy spotkali się wieczorem dla zwykłej przyjemności przebywania ze sobą nawzajem i postanowili trochę porozmawiać o literaturze.

Ciekawe jest to, że nie tylko poezja wkroczyła w przestrzeń miasta, ale złożyło się też tak, że autorzy mówili o mieście i zagadnieniu przestrzeni w ich wierszach. Bianka Rolando opowiadała o swoim tomiku „Łęgi”, o tym, w jaki sposób oswajała się z tym miejscem, jak nim nasiąkała, Dominikę Kaszubę pytano o przestrzeń domu w jej poezji i dyskutowano o domach pasywnych, Marcin Kleinszmidt opowiadał o Gdańsku i o tym, jak ten Gdańsk przeniknął do „Skrótów”, dyskusja Tomasza Kunza i Pawła Panasa z Pawłem Próchniakiem o poezji Marcina Świetlickiego również zahaczyła o zagadnienie przestrzeni. Przykłady można mnożyć, ale nie o to przecież chodzi. Lublin pokazał, że miasto i poezja nachodzą na siebie w obu kierunkach, że współgrają ze sobą; być może nawet – że jedno nie obywa się bez drugiego: miasto daje poezji miejsce i możliwości, a poezja je uwiecznia, tworzy jego legendę.

Bardzo pozytywnym aspektem festiwalu Miasto Poezji jest także to, iż przyswaja on sztukę z pogranicza poezji, daje możliwość szerszego spojrzenia, nie ucieka od trudnych form. W tym roku funkcjonował osobny blok Poezja 2.0. Była wystawa poezji cybernetycznej, był koncert muzyki hip-hopowej, a także Ryszarda Krynickiego z zespołem Rdzeń 2 (i uroczą wiewiórką w ostatnim tekście). Zwłaszcza lubelska scena niezależna przyciągnęła słuchaczy niekoniecznie zorientowanych na literaturę, ale – kto wie – być może ich pojęcie o poezji nieco uległo zmianie.

Inicjatyw promujących polską poezję współczesną nie sposób przecenić. Oczywiście – także i Miasto Poezji miało pewne niedociągnięcia organizacyjne, nie obyło się bez wpadek, ale są one przecież nieuniknione, a radzono sobie z nimi niezwykle szybko. Przy przedsięwzięciu o takich ambicjach trzeba zostawić pewien margines błędu, który i tak był naprawdę niewielki. Życzyć sobie należy więcej takich festiwali, z ładniejszą pogodą, ale taką samą energią i nietuzinkowością. Miasto i poezja to połączenie idealne na każdy maj. Kto był i kto nie był, niech się szykuje do Lublina na przyszły rok.

Anna Mochalska

 

Miasto Poezji - Lublin
fot. Sławomir Płatek

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.