W najnowszym numerze...

Pamiętam wieś, która śpi pod powiekami mojego dzieciństwa i widzę wieś, która belami burzy moje wspomnienia. Pokolenie moich dziadków, w pewnym momencie, siało po polu tęsknotę, bo ich normalne życie i zwyczaje nagle przestawały istnieć. Nie mieli wyboru. Jednak gdzieś tam wewnątrz kołatało wczoraj. Wczoraj wypełnione pracą rąk, ale bez huku i spalin. Podporządkowane naturze. Takie wczoraj odnalazłam w dwóch książkach, które przeczytałam już kilka razy. Mam na myśli: Sońkę Ignacego Karpowicza oraz Guguły Wioletty Grzegorzewskiej. Zabrzmiało trochę nostalgicznie. Dzieciństwo. Jak pisze Karpowicz: na zawsze w człowieku zostaje, jak pory roku czy okrucieństwo; można się go zaprzeć, ono jednak nie da się zabić, zamalować, zapomnieć – można co najwyżej rozstawić parawan. Mój momentami zasłania słońce, innym razem podgryzają go myszy.

Sońka zostaje na długo w pamięci, może dlatego, że jak majowe chrząszcze atakują drzewa czereśni, tak ona mocno gryzie historię. Wcześniejszą niż PRL Grzegorzewskiej. Znamy już podobne akty, jednak gdy zabiera głos małe dziecko, pytamy dlaczego? Kto ponosi winę? Czy jest jakaś wina? Czy jest sens zadawać takie pytania człowiekowi, który żyje w całkiem innych czasach? Czy ma do tego prawo? Widz - czytelnik wsysa w siebie to, co widzi na deskach teatru, na kartach książki. Później się zastanawia albo... zapomina, że na coś skierował swoją uwagę. W tym przypadku nie. Sońka mocno przykleja się do człowieka, gdy na Guguły tak długo się czeka, żeby dojrzały, że się o nich zapomina. Tak było w moim przypadku.

Obie książki przesiąknięte są wiarą w boga. Czy ma na to wpływ wieś? Wydaje się, że tak. W Sońce pada stwierdzenie, że Przed wojną Isus Chrystos był i tańszy, i dostępniejszy, no i baciuszki środek transportu żarł trawę, a trawa rosła za darmo. Inny świat wiary pokazuje Grzegorzewska. Bardziej podobny do tego, co mam za oknem, a należy dodać, że mieszkam na wsi. Litania loretańska w maju, przy ustrojonej kapliczce brzmi więc z kart książki ale i z sąsiedniego podwórka. Dwie twarze. Czy są spójne, chociaż obie wrosły w wieś? A może miasto robi podobny makijaż?

Wiara, ale nurtuje mnie jeszcze pozycja kobiety, bo przeczytamy niczym wyznanie: Za naszymi pagórkami i łąkami, za stodołami i chlewami wartość kobiety to nie więcej niż wartość kozy, choć koza większą miała szansę na przeżycie, bo dawała mleko, a kobieta tylko czasem i nie dla wszystkich. Te słowa w dzisiejszych czasach uderzają w twarz z siłą pioruna. Czy Grzegorzewska też pokazuje kobiety w ten sposób? Zaszokowała nas inną sprawą, tak dobrze znaną współczesności. Wstrząsająca prawda o codzienności wsi, którą pokazali w swoich dziełach wspomniani autorzy, zwala z nóg. Wydawało się, że nie istnieje. Istniała, tylko nikt o niej głośno nie mówił. Media nie miały wszędzie oczu, zresztą jeszcze się nie narodziły lub dopiero pączkowały. Sąsiedzi za to o wszystkim wiedzieli. Oni na wsi mieli moc.

Każdy pewnie słyszał, że wieś rządzi się swoimi prawami. Dodam, że tak jak każde miejsce. Czytając te książki zostajemy pochłonięci przez świat, który nagle stał się półprzejrzysty, z puchu, z gęgania gęsi, z kwakania kaczek. Każdy z nas pochodzi ze wsi tylko o tym możemy nie wiedzieć. Lubimy jednak do niej uciekać, gdy chcemy odpocząć od gwaru miasta. Te pozycje książkowe mogą stanowić taką odskocznię. Na chwilę zostajemy porwani w inną przestrzeń. Nie ma w niej oczywiście starych ludzi, którzy pachną naftą z lampki, ale są np. szeptuchy.

Między jedną, a drugą akcją jest parę lat różnicy, ale trzeba przyznać, że historia, mówiąc kolokwialnie, w obie wsadza głęboko swoje palce. Karpowicz stwierdza, że Kontakt z baśnią lub mitem wyniszcza ciało. Co dzieje się z człowiekiem, gdy jeszcze dojdzie do tego zestawu historia? Na to pytanie odpowiadają autorzy wspomnianych przeze mnie książek.

Życie ludzkie, czy to na wsi, czy w mieście, podporządkowane jest indywidualnemu spotkaniu każdego człowieka, w cztery oczy, ze śmiercią. Zamieszkała więc ona także na kartach tych dwóch książek, których bohaterowie odgrywają swoje role z dokładnością zasugerowaną przez reżysera. Może on jednak coś przemilczał? Ja już wiem. Znam odpowiedź na pytanie, które padło: Czy teraz, w teatrze, choć na jedną scenę, uda się zatrzymać śmierć?

Urszula Kopeć-Zaborniak

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.