W najnowszym numerze...

„Rock and roll ain't noise pollution”, śpiewał swego czasu AC/DC. Wydaje się, że w Chinach pojęcie „noise pollution” w ogóle nie istnieje. Mam na myśli oczywiście to, że problem jest, ale stał się nieodzownym elementem krajobrazu chińskich miast. Istnieje takim natężeniu, że przez autochtonów jest kompletnie ignorowany. Jak się jednak okazuje, nie zawsze.

Zacznijmy od tego, że Chińczycy generalnie mówią głośno. Szczególnie w miejscach publicznych. Restauracje w Chinach są w porach obiadu czy kolacji zawsze pełne, a przy stolikach ludzie przekrzykują jeden przez drugiego. Oczywiście sami autochtoni nie traktują tego jako „przekrzykiwanie się”, po prostu dostosowują głośność do ogólnego hałasu, następuje swoiste siłowanie się, aby przekaz został usłyszany. Dzieje się tak również w autobusach, metrze i innych publicznych przestrzeniach. Przy czym robią to nawet gdy przekrzykiwać się nie muszą, gdy już nie muszą się „siłować” na głosy, ale chyba z przyzwyczajenia mają taką głośność ustawioną automatycznie. Nie tylko zresztą chodzi o głos. Gdy zdarza się, że ktoś w autobusie czy pociągu ktoś ogląda film czy słucha muzyki bez słuchawek, nikomu wydaje się to nie przeszkadzać, nikt nie zwraca uwagi. Ostatnio byłem na koncercie gitary klasycznej, przyjechało dwóch Hiszpanów, siedząca w krześle obok Chinka postanowiła nagrać fragment koncertu i wrzucić na portal społecznościowy. Wprawdzie nie powinna tego robić, gdyż przed koncertem poinformowano o zakazie nagrywania, niemniej nie to było problemem. Kobieta bowiem postanowiła przed wrzuceniem owego nagrania odsłuchać. Głośno. Bez słuchawek. W trakcie gdy na scenie produkowali się artyści. Została wprawdzie upomniana przez inną autochtonkę, jednak ciekawe było już to, że w ogóle wpadła na taki pomysł. Generalnie Chińczycy zdają się całkowicie odporni na wszelkie możliwe hałasy. Ale jest jeden wyjątek.

Jednym z nieodłącznych elementów hałaśliwego krajobrazu chińskiego miasta są tzw. „tańczące mamy”. Chodzi o panie, z reguły po pięćdziesiątce (przeważnie Panie, choć zdarzają się też „tańczący tatusiowie” czy „wujkowie”) które wieczorami zbierają się w miejscach publicznych i w rytm tanecznego disco-polo, pardon, disco-sino, uprawiają ni to taniec, ni to aerobik. Na pierwszy rzut oka to zjawisko, mimo wyjątkowo przaśnej i głośnej muzyki, wydaje się niemal jednoznacznie sympatyczne. Przaśne umpa umpa dodaje temu jedynie kolorytu, cieszy natomiast fakt, że panie w wieku emerytalnym nie spędzają czasu non stop w domu lub kolejce do przychodni (to drugie zresztą, to znaczy usługi medyczne, w Chinach nie jest za darmo, może dlatego…), zamiast tego integrują się, jednocześnie dbając o swoje ciało. Wykorzystują ku temu niemal każdą wolną chwilę, i choć ich występy dalekie są od oskarowych, to nie sposób odmówić im pasji. A pasja ta zdaje się nie mieć granic.

Ale być może właśnie dlatego (przez brak wyczucia granic) młodzież chińska narzeka. Po pierwsze, na zajmowanie przestrzeni. Tutaj, rzeczywiście, pojawia się poważna rysa na wizerunku tych pozornie sympatycznych pań (lub panów) w średnim czy podeszłym wieku. O tym było zresztą w poprzednim odcinku - starsi Chińczycy i Chinki, nauczeni, że za darmo nic nie ma, potrafią wściekle walczyć o swoje. Czasem rzeczywiście dopuszczając się anektowania przestrzeni, która już na pierwszy rzut oka niekoniecznie do nich należy, a w walce tej czasem dochodzi do dantejskich scen i pobić (i to dosłownie). Ich ekonomia przestrzeni wydaje się z jednej strony imponująca, a z drugiej – kompletnie pozbawiona wyczucia, bo potrafią nawet rozkręcić imprezę w nocnym pociągu. Okazuje się też, że nawet w Państwie Środka są granice wytrzymałości hałasu, szczególnie jeśli się jest mamą dziecka studiującego do matury. Sprawa ma się jeszcze gorzej, jeśli osoba, której zwraca się uwagę nie rozumie swoich przewin, a nawet dopuszcza się ataku na funkcjonariusza policji.

Tutaj jednak trzeba zrobić pewne zastrzeżenia: po pierwsze (co niedawno wygarnąłem niektórym chińskim znajomym w rozmowach) – to, co napisałem wyżej: hałas w Chinach to nie jest problem punktowy, to jest problem globalny. Na pierwszy rzut oka, przepraszam, ucha, nie można powiedzieć, że babcie, ciocie, mamy które robią umpa umpa na jednym placu są większym problemem od ludzi reklamujących zewsząd produkty przez megafony, od pracowników banku, którzy również odstawiają taniec do głośnej muzyki w celach promocyjnych, od ludzi puszczających głośno muzykę w autobusie, nie mówiąc o teatrze… A jednak to właśnie skargi na hałas wywoływany przez „tańczące mamy” wydają się szczególnie częste. Szczerze? Dla mnie w tym kociokwiku chińskich miast jest to przeważnie bez różnicy.

Po drugie, w Chinach, w których budynki mieszkalne, usługowe, oraz drogi tworzone są w galopującym tempie, w tym samym tempie maleje też dostępność wolnej przestrzeni publicznej. W takim wypadku mniej dziwi walka, jaka jest o nią toczona.

Po trzecie, i chyba najważniejsze –  tak naprawdę największym – bo najczęstszym - polem bitwy o kwestię „tańczących mam” jest internet – czyli przestrzeń, do której przeważnie starsze pokolenie Chińczyków i Chinek nie zagląda – nie mają więc szans obronić swojego zdania, przedstawić swoich motywów. Fakt faktem, że sprawczynie (sprawcy) zamieszania często nie pomagają swoimi reakcjami „w realu”. Niemniej, wielu chińskich komentatorów zauważa, że cała awantura o to zjawisko jest w zasadzie przejawem występującego na całym świecie konfliktu pokoleń, które wzajemnie nie rozumieją swoich motywów i niekoniecznie chyba nawet chcą o nich rozmawiać. Podobno chińskie miasta próbują regulować tę kwestię (nie kwestię kociokwiku w ogóle, ale tańca w miejscach publicznych) poprzez regulację hałasu, czy stawianie barier architektonicznych.

Niezależnie jednak czy się to uda (zakładam ze nie, skoro mamy do czynienia z osobami „nie do zdarcia”), będzie to jedynie plaster na jedno z licznych pęknięć w chińskim społeczeństwie.

Jakub Sajkowski

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.