W najnowszym numerze...

Do Rumunii wybraliśmy się w zeszłym roku, z zaprzyjaźnioną rodziną w dwa samochody, zastanawiając się co też na miejscu zastaniemy? Rożne opinie i stereotypy krążą o tym kraju, czy to na temat cygańskich koczowisk czy stanu dróg... W każdym razie jest tam mnóstwo rzeczy wartych zobaczenia, więc czemu nie spróbować! Wyjechaliśmy z Krynicy i przez Słowację i Węgry dotarliśmy do granicy z Rumunią. I tutaj rzecz już w Europie schengeńskiej zapomniana: kolejka do kontroli. Na szczęście tłumów wielkich nie było i w godzinę było po sprawie. Do noclegu jeszcze 160 km, co prawda jest już po południu, ale chyba damy radę zobaczyć pierwszy punkt programu. Po drodze do zaklepanego noclegu, w rumuńskim okręgu Marmarosz (Maramureş), górzystej krainie na północy tego kraju (przed II Wojną Światową graniczącej z Polską), jest wieś o nazwie Săpânţa (wymawia się „sepynca”). Chociaż sama wieś nie różni się wiele od okolicznych, to ściągają do niej tłumy turystów, czasem ciężko przejechać samochodem, nie mówiąc o parkowaniu. Wszyscy ci turyści chcą zobaczyć obiekt absolutnie unikatowy w skali Europy, a pewnie i świata – Wesoły Cmentarz (Cimitirul vesel). My też chcieliśmy.

Wesoły Cmentarz jest etnograficzną osobliwością. Jego początek datowany jest na rok 1935, gdy miejscowy cieśla Stan Ioan Pătraș zaczął wykonywać nagrobki inne niż wszystkie. Są to stojące płyty drewniane z płaskorzeźbami przedstawiającymi zmarłą osobę w charakterystycznej scenie z jej życia. Widzimy więc osoby w domu, w karczmie, w sklepie, górników przy pracy, czy rolników w polu. Niektóre nagrobki pokazują, dla odmiany, sytuacje w jakich dana osoba rozstała się z życiem, szczególnie gdy był to jakiś wypadek. Mamy tutaj więc potrącenia przez samochód, rażenie piorunem czy wręcz sceny zabójstwa. Do obrazków dołączone są teksty – epitafia, mówiące jaki zmarły był, przedstawiają anegdoty, opisują charakter, ale w sposób dowcipny i wesoły – i stąd pochodzi nazwa cmentarza (musimy uwierzyć na słowo, bo nie znamy rumuńskiego). Stan Pătraș pracował do 1977 roku, kiedy zmarł. Pozostawił po sobie kilkaset nagrobków i następcę, który przejął dzieło. Pozostawił również swój własny nagrobek, który sporządził dla siebie – oczywiście – przed śmiercią.

Po załatwieniu jeszcze niezbędnych spraw formalnych i zatankowaniu ruszyliśmy z granicy w dalszą drogę. Krajobraz był może nieco inny od naszego, trochę więcej zwierząt snuło się po drodze, ale nawierzchnia nie była zła. Niemniej za chwilę wjechaliśmy w góry i tam tempo jazdy musiało spaść. Drogi wiły się przez lasy serpentynami ostro w górę i ostro w dół, a na tych serpentynach miejscowi wyprzedzali nas na zakrętach śmiało ścinając bez strachu o jadących z naprzeciwka. Mijane wsie były prawie całkiem bez świateł, a po drodze tu i ówdzie jechały sobie powoli nieoświetlone furmanki. Ale jakoś nic się nie wydarzyło, tylko Săpânţę mijaliśmy już po ciemku, więc zatrzymywanie się nie miało większego sensu, zwłaszcza że  marzyliśmy głównie o noclegu.

Co się odwlecze to nie uciecze, w każdym razie tutaj powiedzenie to miało zastosowanie. Wybraliśmy się kolejnego dnia, już odpowiednio wcześnie. I tak jak pisaliśmy: sama wieś na oko jest taka sama jak inne mijane po drodze. Drogowskaz w centrum każe odbić z głównej drogi i po 200 m napotykamy zgęszczenie samochodów. Widać wieżę nowo budowanego kościoła, strzelistą i wysoką jak wszystkie tutaj (w tej samej wsi zbudowany został niedawno kompleks klasztorny Peri, który – jak chwalą się tubylcy – ma najwyższą drewnianą wieżę w Europie). Kościół stoi z boku wewnątrz ogrodzenia, a przez bramę widać już charakterystyczne niebieskie nagrobki. Jesteśmy! Do zaparkowania trzeba było pokluczyć po okolicznych uliczkach, ale jeszcze się udało. Stoimy więc przed bramą cmentarza (bogato rzeźbione bramy to kolejna ze specjalności tej krainy). Aby wejść trzeba zakupić bilety wstępu, o czym informuje znudzona i opryskliwa panienka w budce za bramą. (Musimy tutaj koniecznie dodać, że była to jedyna znudzona i opryskliwa panienka jaką napotkaliśmy w całym pobycie w Rumunii. Wszędzie ludzie byli bardzo serdeczni i uprzejmi.)

I oto jesteśmy już na cmentarzu. Wesołym. Wszystko, co pisali w przewodnikach to prawda. Stoją setki niebieskich płyt drewnianych, a każda co innego pokazuje i opisuje.

Można chodzić i chodzić między nagrobkami odnajdując coraz to nowe obrazy. Trudno nam było wyjść z tego cmentarza. Mimo, że nie znaliśmy języka, próbowaliśmy zrozumieć napisy sugerując się wyrzeźbionym obrazkiem. Co skręciliśmy nową alejkę, pojawiały się kolejne ciekawe historie ludzi. Żałowaliśmy, że właściwie nic nie rozumiemy z napisanych tam tekstów (Google-tłumacz też kiepsko sobie radził), ale i dzięki samym obrazkom ludzie ci byli nam jakoś bliżsi.

Cmentarz działa do dzisiaj, ma też rezerwę miejsca. Każdy mieszkaniec może liczyć na nagrobek. Podobno miejscowy pop decyduje co będzie na nagrobku, a decyzję poprzedza „wywiadem środowiskowym” w rodzinie zmarłego i we wsi.

A wokół życie się toczy: dla części mieszkańców normalnie – gospodarsko, dla tych, co prowadzą stragany i lokale – turystycznie. Aha, ten człowiek na zdjęciu nie ma miski ma głowie tylko tamtejszy ludowy kapelusz jaki noszą górale z Marmaroszu. Można sobie taki kupić, podobnie jak mały pamiątkowy magnes-nagrobek…

A wracając przyjemnie było zatrzymać się na podłużnym ryneczku w Syhocie Marmaroskim (Sighetu Marmației) na kawę i popatrzeć na ruch na ulicy i chodniku. Może kiedyś tu jeszcze wrócimy?

Jolanta Witusik-Kamińska i Maciej Kamiński

 

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2017 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.