W najnowszym numerze...

1.

Wiersze Ireny Wyczółkowskiej[1] spraszają nas do siebie, podejmują jak zwykle otwarcie i proszą w gościnę na (nie)znajome pokoje, które ogniskują naszą uwagę – już od samego początku lektury – kątami dobrze literacko opisanymi i rozpoznanymi w poezji autorki Ptaszyska. Ale, no właśnie. Jest jednak drobna różnica, która polegałaby na przenicowywaniu motywów, które obecne są i zmierzają od Ulicy Równoległej i tomów wcześniejszych (mówiąc najogólniej: sen, zaklinanie wspomnienia, śmierć matki – śmierć bliskich) a które tym razem zyskują długi/drugi oddech.  W konsekwencji całość wydaje się pracować częstotliwością zbliżoną często do pracy snu, więc nic nie jest do końca oczywiste jak (może) się wydaję na pierwszy rzut oka.

 

2.

Poezja Wyczółkowskiej zbudowana jest na gramatyce wzruszenia. Dostojne wiersze, pełne pokory wobec nieuniknionego, „urażone” przemijaniem, dotknięte eschatologiczną kreską, „oknami zwrócone – czytamy w wierszu Inny widok – w inną stronę świata” [PR, 38]. Gdzie  czułość wobec drobnych przedmiotów rymuje się z melancholią za prozą zapoznanych dni; arka zajmuje miejsce wodolotu, chmury się zagęszczają. Wiersze lekkie jak ptasie lotki ulatują w przestrzenie z ciemnymi smugami. Te cięższe rysują portret z duszą na ramieniu, a czas, który (im) zostaje wymieniamy na coraz mniejsze nominały (obecności). Trudno nam pojąć, że kiedyś przestaniemy być, zaakceptować, że istnienie rzuca cień, który w końcu nas przekroczy. Być może istnieje „ulica równoległa” i kiedy „po wszystkim” staje się na skrzyżowaniu, ma się przed sobą wyrażone życie, spokój, ciszę, prawie szczęście. Autorka Ptaszyska już wie, że śmierć uchodzi z życia wiersza, gdzie indziej odrabia lekcję z umierania. I – jak czytamy w wierszu Srebrna waza –  „Jeszcze ciągle nad jeziorem mgła zwija się w białe gniazdo. / Sowa poluje na księżyc. Na skrzydłach ważki / przefruwa dzieciństwo” [PR, 12].

 

3.

Wybrane wiersze Ireny Wyczółkowskiej, która odeszła od nas w 2015 roku. Książka stanowiąca zaproszenie do lektury, wybór –  który rzuca inne światło, przestawia pewne akcenty – dokonany przez Krzysztofa Lisowskiego,  zawiera również ostatnie, szpitalne wersy, które zbliżają poetkę do mistrzostwa cyzelowania frazy i ewokowania schyłkowego nastroju. Ale zacznijmy od początku. Irena Wyczółkowska piszę poezję powściągliwą, zdystansowaną, nie wdzięczącą się do czytelnika, orbitująca wokół kilku dla poetki najważniejszych spraw, elegancką, która stara się być wyważona, emocjonalnie raczej chłodna, pogodna jak psalm. Wiersze Wyczółkowskiej są sejsmografami kobiecych nastrojów i wewnętrznych rozterek o których umie pisać jak mało kto. Kobieca intuicja znajduje w tej poezji swoje najbardziej skryty ujścia i dopływy. Spora część wierszy autorki Ptaszyska to rodzaje etiud filmowych, które kilkoma ruchami wiersza-kamery są wstanie pokazać cały skomplikowany dramat ludzkiej egzystencji, zawieszonej pomiędzy euforią i smutkiem, czasem, a nieskończonością. Wyczółkowska to poetka pokrewna ludziom, bliska ich rozterkom, współczująca ich chorobom, demonom mniejszym i większym. Pełna empatii i zrozumienia, otwarta na innych, ciekawa świata, jego pokrętnej logiki i ukrytych sensów. To poezja która staje się przyjazną przystanią dla wielu ptaków, które fruną przez kolejne wiersze. Skupiona na naturze, ale większe pole oddająca bliźnim, którzy – mówiąc za Miłobędzką – mogą być od blizny albo otwartej rany. To liryka kobieca w najlepszym jej wydaniu, w której wielką role odgrywa otwieranie się na inne języki, wrażliwości, skojarzenia. Bogata obyczajowo, staroświecko przejmująca. To często wiersze-zaklęcia, które mają odpędzać czarne chmury, widma kresu, przepędzać skrzydła czarnego ptaszyska, zauroczyć się czystym tonem, jasnym tłem, niebem: „Dzieci dorastają / odchodzą zabierając swoje rzeczy // I zabierają rzekę // Dom osiada na piaskach / Kruszy się droga i sypie / na cztery wiatry” [WW, 54].

 

4.

Wyczółkowska bardzo często przymierza uczucia i egzystencjalne przypadki do mitologicznego kostiumu, wraca do źródeł. Mitologia jest dla niej matrycą dla myśli, które zostały już jakoś ukierunkowane, przysposobione, odjęte i przeżyte. Ale postać świata nie próżnuje, los wciąż jest zadaniem, z którym trzeba nam się uporać a przeznaczenie potraktować jako czas wewnętrznego wzrostu, wierzgania ducha, zbudowana przestrzeni przyjaznej dla szukania po sobie, znajdywania własnego głosu, tonu, języka. Dla autorki Portretu z duszą na ramieniu każdy wiersz jest rodzajem konieczności i w każdym absolutnie momencie jest sprawą osobista poetki. W tym sensie te wiersze nie mogły by nie powstać. Poetka załatwia nimi sprawę własnych zadr, melancholii, pustych przebiegów czasu, któremu ciążą klepsydry. Wyczółkowska to także poetka snu, oniryzmu, lekkiej chmury nieświadomości, która płynie nad miastem, niosąc nieistnienie jako jedną z możliwości dla bycia. W wierszu Modlitwa czytamy:

Jeżeli trzeba przebyć życie
poprzestając na tym co nam pisane
a co małe jak listek na rzece
spraw by wiatr nie ponaglał
słońce i gwiazdy pomagały w żegludze
i żebym mogła wierzyć
jak wieczne dzieci nasi przodkowie
że ci których zegnaliśmy kiedyś
będą nas oczekiwać gdy dobijemy do brzegu

[WW, 12]

 

5.

Bardzo ciekawym momentem tej twórczości wydają się przygody spojrzenia flirtującego z rzeczywistością. Poetka patrzy kobieco, jej wzrok jest jak sieć rybacka, zgarnia w siebie jak najwięcej, w przeciwieństwie do wzroku męskiego, trafiającego w punkt, będącego jak szpilka wbita w kłębek rozmaitych wici. Autorka dyskretnie, nie narzucając się z apodyktycznym obrazem bądź metaforą, raczej skrycie promieniują swą energią z marginesów, miejsc spomiędzy kolejnych wersów. Ta twórczość to również drobnica poetycka, upodobanie do urywku, fragmentu, błysku: „Ten wschód słońca / - małe miasteczko / z kościółkiem z czerwonej cegły” [WW, 31]. Jeszcze rzut oka na Podwórko:

Słońce wschodzi nad trzepakiem,
noc chowa się
pod daszkiem śmietnika

[WW, 149]

 

6.

Szczególnie ważnym momentem wydaje się kategoria czasu, rozumianego jako instancja, która grzebie wszelkie nasze plany, ściera nas na popiół. Stąd niezwykle interesująca w tej poezji kategoria czasu wyobraźni, trwającego niejako w kontrze i opozycji do czasu świadomości, wydanej na pastwę minut, biegnącym w pustkę. Stąd ulica równoległa, miejsce w tej poezji, gdzie znajduje się cały świat, który żyje w bocznych odnogach, w świetle niezaprzepaszczonych idei, gdzie płonne nadzieje poszły w zapomnienie, a kolejne zdarzenia krzepią jak mocne, podwójne espresso. W późnym wierszu Dźwigam czytamy:

Dźwigam w ramionach ojca
który zginął w powstaniu 44 roku
matkę
chrzestnych rodziców
obie ciocie

jest mi coraz trudniej
ciężko
dlatego stąpam tak powoli
niezdarnie
jeśli upadnę
to już się nie podniosę
i oni także

[WW, 241]

 

7.

Kolejna rzecz, która stawia opór: autotematyczne zapisy rzucone mimochodem, pokazujące czym jest wiersz dla poetki, jak rozumie jego powołanie i istnienie. Poetka, która przez dwadzieścia pięć lat milczała, a raczej której słowa pokrewne były ciszy, pisała o wierszu celnie i bez ogródek. Po pierwsze: wiersz otwarty, taki, który zaprasza do siebie, ale zamyka drzwi na klucz. Zaprasza, ale więzi w środku, proponuje małą cele, w której można się rozgościć, bo i o gościnę tu chodzi, tylko trochę taka na opak, na przekór, wbrew. „Wiersz otwarty to taki, który się jednak zamyka, / na zawsze zatrzymując w swym wnętrzu” [WW, 192]. Po drugie: wiersze klasyczne, miary tradycyjne, podpowiadane przez przeszłość, i wiara, że słowo przetrzyma, nie ugnie się pod ciężarem nicości.

 

8.

Irena Wyczółkowska to autorka dyskretna i wycofana, zażarcie broniąca swoich racji, traktująca literaturę jako przestrzeń w której można się pięknie różnić. Słowo traktowała z należytą uwagą i ostrożnością, zdaje się, że najbliższa była jej postawa pogodnego stoika, który miewa momenty zwątpienia. W poezji preferowała wyważoną elegię, interesowały ją drobiazgi, z których zbudowana jest każda, pojedyncza przestrzeń. Cierpiąca na ciągły głód poznawczy, zazwyczaj zdająca sobie sprawę, że po każdej bitwie pozostaje parę gestów, kilka słów. Poetka doskonale wiedziała, że od pewnego momentu „siedzi się już na walizkach, / nie patrzy w stronę drzwi”. W jednym z ostatnich wierszy zapisała:

Aniele Stróżu mój
Ty z obrazka w dziecięcym pokoju,
przeprowadź mnie bezpiecznie przez Most.

Jest chwiejny i kruchy, zabrakło poręczy.

[WW, 275]

Poezja osobista, skupiona, orbitująca wokół tych kilku najważniejszych dla człowieka kwestii. Mądra, subtelna, krucha. Nienagannie skrojona, wyróżniająca się językową maestrią i polotem. Do końca dowodząca, że w ostateczności zostają imiona jak sypiący się piasek.

Bartosz Suwiński

 



[1] Utwory Ireny Wyczółkowskiej lokalizuję wg następującego modelu: Bilet na wodolot, Wrocław 2010 [BW]; Portret z duszą na ramieniu, Warszawa 2013 [PR]; Wybrane wiersze, wybór K. Lisowski, Opole 2016 [WW]. W nawiasie kwadratowym podaję skrót tomu i stronę, na której znajduje się odnośny fragment.