W najnowszym numerze...

1.

Wiersze Tadeusza Soroczyńskiego są jak miedze między polami, które pieczołowicie obrabiają ludzkie dłonie[1]. Jest to poeta uwiedziony rodzimym krajobrazem, opisujący swoje strony, swoje zagony. Ziemia jest tu pojęciem kluczowym. Poeta przywiązany jest do pól i łąk, na których przyszło mu bywać, pracować, mierzyć się z żywiołami. Jego poezja jest prosta i uczciwa jak chłopskie podanie ręki, gdy dobija się targu. Wiersze jak bochny chleba, czasami czerstwe, czasami zakalcowate. Soroczyński jest poetą pierwszych wzruszeń, długiej, trudnej miłości do skrawków swojego świata, który pozostaje wierny. Wierność – kolejne staromodne słowo, które wyznacza trajektorie tych wierszy. Praca – jako ćwiczenie własnego charakteru, godzenie się z powikłanym losem. Umiłowanie prostych smaków, pochwała codzienności, jej prostego rytmu, do którego stale trzeba się dostrajać.

Wracamy do słów najpierwszych
nazywania rzeczy

a to jest mówisz trawa
źródło zielone
echo w nim pluszcze
wołanie

a to jest sad
kościół
w którym wiatr nuci psalmy
drzewom

obok jest dom
z gliny i wapna
w glinie jest ogień
w wapnie biel

[B, 20]

 

2.

Natura jest dla Soroczyńskiego królową form, to od niej rzeczy, sny i wyobrażenia biorą swój początek. To ona zatacza krąg, z którego wychodzimy, każdy z osobna, na swoje powierzchnie. Natura odpowiedzialna jest za kolejne życiodajne cykle, to ona stwarza koło, figurę, której na planie rysuje się nasz życie. Soroczyńskiego interesuje jej majestat, jawne, ale również i skrywane piękno czy potęga. Umiejętność nadawania znaczeń, podporządkowywania sobie przestrzeni. Natura jako punkt, w którym zbiegają się wszystkie początki. Wiersze Soroczyńskiego dostrzegają wiele, starają się widzieć na tle panoram i krajobrazów, perspektywicznie, ale i przez drzwi od klucza. Każda kropla deszczu wsiąkająca w ziemię, piruety ptasich lotek podcinanych podmuchem, źdźbła trawy ścięte pierwszym mrozem, wiele zapatrzeń, czułych spojrzeń.

To tak jakbym próbował
wypłukać z trawy rżenie koni
z wnętrza lasu kroki drwali
jakbym zgarniał
bursztyny światła na brzegu
rzeki przesiewał w morzu

im bliżej słowa
wzmaga się ciemność

[WW, 165]

 

3.

Poezja Soroczyńskiego to w gruncie rzeczy pochwała istnienia, chwil drobnych przyjemności rozpiętych na tle mniejszych i większych dramatów. Jego wiersze są jak rzewne piosenki. Jego skrzypce powołują do życia muzykę, w której partiach pomieszkuje pogodna melancholia. Tęsknota, zauroczenie. Te wiersze są zapisami życia pogodzonego z losem, w jakimś stopniu spokojnego, pełnego wiary w ludzi, zaufania w rzeczy wybiegające w górę, poza horyzont nieba. Myśląc o skrzypcach Soroczyńskiego przypominają się i te Leśmianowskie, te, które w ciemnym futerale chował Julian Przyboś, struny niepotrącane przez Rilkego, i wiecznie rozedrgane Norwida. A jeszcze Sebyła, a jeszcze Liebert. Ale autor Bliżej sadu gra po swojemu, ciepłe liryczne pokłady rymując z krotochwilną, biesiadną werwą. Przeczytajmy Moja miłość moje skrzypce:

Moja miłość jest ślepa
pól zielonych nie widzi
obok sadów przechodzi
nie dostrzega owoców
moja miłość
drwi ze mnie

Moje skrzypce bez duszy
tak jak las mój
bez wiatru
dom bez okien i klamek
a muzyka
w gałęziach zagubiona

na amen

[MS, 50]

 

4.

Sad. Soroczyński bardzo często wchodzi między drzewa. Opisuje je w sposób niezwykle empatyczny, pisząc niemalże na korze. Między szpalerami drzew na moment zatrzymuje się czas albo przynajmniej zwalnia bieg, luzuje swój uścisk. Poeta nie opiera się urodzie drzew, z prostych doznań składa swoje małe hymny. W zasadzie otwiera się na świat, z ufnością, z wolną wyobraźnią, skory do wzruszeń i zachwytów. Potrafiący w bliskości przyrody żyć pełniej i lepiej. Bacznie zorientowany na jej najmniejsze drgnienia. Poeta jednego tematu, tworzy jeden wiersz rozpisany na wiele zwrotek. Soroczyński nie wstydzi się emocji, z akceptacją przyjmuje to, co niesie mu w uposażeniu rzeczywistość. Stara się dostrzegać pozytywne wartości wszędzie tam, gdzie akurat spojrzy.

Kiedy widzę ciebie
czuję boski ogień
a czas
wydaje się
jakby odmieniony

wtedy śpiewam
o czułości darowanej
i sercach
wypełnionych tajemnicą
jak las

[KP, 64]

 

Soroczyński pochodzi z tej samej rodziny poetów co Stanisław Piętak czy Stanisław Czernik. Jeżeli chcielibyśmy znaleźć jakiś kontekst dla tej poezji, w który można by ją wpisać, to najbliżej autorowi W wiklinowym koszu do autentystów. Przyroda Soroczyńskiego wzrusza, nieprzerwanie, a kolejne poetyckie impresje próbują skanalizować ów nadmiar uczucia. Mający serce na dłoni dla bliskich, wspominający w wierszach rodziców, szczególnie w przejmujący sposób w tomie Czas pstrąga. Poezja szczera, ufna, intymna. Wchodzę w sad:

Wchodzę w sad
otaczam się zapachami
gdzieś są tu ścieżki
zagubione w trawie
wyśnione
na których czekasz

[KP, 65]

 

5.

Wraz z bohaterem wierszy Soroczyńskiego chodzimy po polach i zagonach. Zatrzymujemy się na miedzach. Widzimy stojącą wodę w bruzdach ziemi. Rozorane skiby, dojrzałe owoce, którym zrywają się szypułki. Falujące na wietrze dzieciństwa kłosy zbóż. Obfite chmury, zmieniającą się pogodę, sianokosy, snopki, zadumaną mućkę, stojącą jak chiński filozof. Łąki na których praca wre, rzeki z bystrą wodą, sady z pobielonymi pniami. Świat, który coraz bardziej zagrzebuje się w przeszłości. Chwile o świcie: „Z rozbudzonego wiatrem / lasu / zapisałem jedynie / na korze / smugi światła / i cienia / moment / zachwycenia” [KP, 26]. Władysław Hendzel podkreśla: „Można, wydaje się, powiedzieć, że Tadeusz Soroczynski to także poeta utraconej Arkadii”[2]. To cały czas jednak wiersze pozbawione patosu, przywracające sens i celowość ludzkiego istnienia, traktujące godność ludzką z najwyższą atencją. Wersy pracują na najprostszych trybach, nie ma tu mowy o żadnym udziwnianiu języka, wiara w jego siłę artykulacji jest niepowątpiewalna. Ma być jasno, precyzyjnie, w miarę możliwości zwięźle. Poeta, który zapisał siebie w prostych słowach. Powrócę kiedyś:

Powrócę kiedyś
na wiejskie podwórze
gdzie kury zazdrosne o ziarno
rozdrapują ziemię

do pól powrócę
gdzie ojciec od świtu
wypieszcza bronami
dojrzałą już rolę

zamieszkam
w powietrzu pachnącym sadami
gdzie jesień
z wolna zachodzi

[WW, 114]

 

6.

Autor Bruzdy (1989) ukazuje pojedynczą egzystencję z jej skończonością wpisaną w zmysłowy świat natury, który odciska swoje niezaprzeczalne piętno na każdym wydanym przemijaniu losie. „Idę dalej / w stronę porośniętą drzewami”, „a muzyka / rośnie w zbożu” [MS, 7, WW, 58]. Z ukazanych w twórczości Soroczyńskiego miejsc z przeszłości wyłania się obraz niezwykle żywy i plastyczny, który koresponduje z próbą uniwersalnego zrozumienia człowieka i jego losów poprzez namysł nad historią i wydarzeniami kształtującymi naszą pamięć. Nade wszystko poeta jest przywiązany do ziemi i krajobrazu rodzimych stron, zaś jego wiersze są często pochwałą istnienia w jego niezmiennym cyklu rodzenia i obumierania. Konsekwencja, z jaką kontynuuje się tu zapis swojego poetyckiego uniwersum, jest godna docenienia i podziwu. Poezja wydaje się dla autora Kosmosu pestki zielonej bliską siostrą prawdy, która jako jedyna może próbować poznać zagadkę istnienia, uchylić przed nami choćby rąbek tajemnicy. Poeta, dla którego sad jest osią świata, skąd wyrusza znaleźć swoje przeznaczenie. Przeczytajmy wiersz Pożegnanie sadu, dedykowany Władysławowi Hendzlowi:

Wykarczowano sad
wyrwano z korzeniami jabłonie i grusze
muzyka odeszła opłotkami w las
piaskiem światła
zasypane ślady dziecięcych zabaw

zatarły się wyblakły
fotografie bliskich

tamten sad i pole nie moje
wiatrom zapisane
czasami tylko śnię
jak matka z uśmiechem ogłasza niedzielę
wolną od pasania krów

[WW, 81]

 

Poeta nic nie zgubił, nie zatracił w trzcinach. Doniósł swoje światło do najbliższego domostwa, gdzie teraz inni mogą sobie przy nim grzać ręce. Dzwonią dzwony, kołem się toczy droga. Zostaje Słowo jak jabłko:

Na delikatnej łodyżce
w takt podmuchu twoich spojrzeń
kołysze się
słowo

uważaj
ażeby nie spadło

[MS, 45]

Bartosz Suwiński



[1] Wiersze Tadeusza Soroczyńskiego przywołuję za następującymi wydaniami: Bruzdy, Opole 1989 [B]; Moja miłość. Moje skrzypce, Opole 1992 [MS]; Kosmosu pestka zielona, Opole 1999 [KP]; Wiersze wybrane, Opole 2004 [WW]. W nawiasie kwadratowym podaję skrót tomu, z którego pochodzi wiersz i numer strony.

[2] W. Hendzel, Tadeusz Soroczyński, Opole 2007, s. 24.

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2018 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.