W najnowszym numerze...

Poezja Juliana Kornhausera jest krucha jak porcelana, delikatna jak aksamitna chusta. Pokorna i powściągliwa, odważna i skłaniająca do ciągłych reinterpretacji. Jest miejscem wybrzmiewania przeróżnych języków, stale podejmuje odmienne rejestry poetyckiego opowiadania faktyczności, zdawania sprawy z własnych perypetii, wzlotów i bolączek, w myśl zasady, że im więcej anektuje dla siebie języków do opisania rzeczywistości, tym więcej może nam o niej powiedzieć. Wielu osobom użycza się tu głosu: bezbronni, wykluczeni, zapomniani nagle dopominają się o siebie, wychodzą ku nam, zagadują przestrzeń wierszy. Siła poezji Kornhausera leży w otwartości tego poezjowania, biorącego w siebie to, co inne, co przychodzi od strony ludzi, świata. Stąd przenikanie się odmienności, bycie z sobą bez uników. Rysująca się możliwość spotkania, sforsowania oporu; zalążki wspólnoty. Bycie po stronie człowieka. Widzenie bez osłonek i uprzedzeń. Empatia i uważność – imiona wierszy, których uczymy się z każdą lekturą.

Wczesna poetyka autora „Stanu wyjątkowego” stoi od zaangażowania, wyczulona jest na każde etyczne wahanie, przeciwna wobec nawet minimalnego żachnięcia zafałszowanej codzienności, oddanej na usługi ideologii, będącej karykaturą stabilizacji i realizmu. Cechuje się walką o autentyzm słowa poetyckiego, o jego niezakłamanie, i wiarą w możliwość poezji, ustanawiającej jako taki konsensus. Tak widzimy Kornhausera na początku. Ciągle w drodze do języka innych i do swojej prawdy. Autora przekraczającego swoją dykcję z tomu na tom.

Ciągłe podważanie językowych sygnatur, stan stałego podejrzenia o sztuczność rozmaitych świadectw literatury, stanie się udziałem przygód protagonisty wielu jego wierszy. I od samego początku, owa obsesja: wypracowywanie języka autentyczności, który nie stał by murem miedzy jednostką a światem, który by o tym świecie zaświadczał i oddawał głos, pojedynczości wpisanej we wzór wspólnoty. Innemu, dającemu mi szanse ustanowienia siebie i zobaczenia czegoś po raz pierwszy, nieodwołalnie jedyny.

Dalej podążamy przez kolejne lata, kiedy poeta skłaniał się ku ziarnistości świata, dążył do zacierania siebie w wierszach, by oddać konkret, detal, punkty widzenia innych, spróbować wreszcie dotrzeć do rzeczywistości nagiej. Kornhauser stale chce wyjść poezją w stronę autentyczności, czy wypracować jak najbardziej swojską możliwość bycia-wśród. Poecie idzie o to, aby maksymalnie zagęścić skupienie, by zapisać poszczególne istnienie, bez ewentualnych przekłamań i uprzedzeń.

Czekam na każdy następny dzień
z nadzieją, że dowiem się czegoś
więcej o świecie. To samo świat
mówi o mnie[1].

I w końcu lata dziewięćdziesiąte – zdaje się najciekawsze – kiedy to słowo ma być schronem dla rzeczywistości. Doświadczenie poetyckie zaś ma utrzymywać się w prawdzie, w otwartości, kreślić horyzont wspólnej wrażliwości dla pojawiającego się bycia. Poeta nasłuchuje języków, nasłuchuje źródeł. Zwraca się w kierunku drogi wiodącej na gościńce świata. Ku wciąż inicjowanemu byciu w świecie. Poezja Kornhausera to przede wszystkim intymne obserwacje, pełne spokoju i skupienia, wystawiające świat w jego pojedynczości. Epifanijne drobnostki, które składają się na kolejne kadry, próbujące objąć rzeczywistość. Detale spojrzenia składają się na panoramę wiersza, jego obraz, ulotny, często lapidarny jak drobny gest. Pozostańmy wciąż na tropach pojedynczych wersów, na rozstajach słów. Z poezją za pan brat. Spójrzmy:

Na gałęzi gawron obstukuje
Zamarzniętą skórkę chleba.
Pracuje ciężko i wytrwale.
Pod drzewem drugi gawron
chwyta w locie spadające
okruszki[2].  

Bartosz Suwiński



[1] J. Kornhauser, 148 wierszy, Kraków 1982, s. 106.

[2] J. Kornhauser, Origami, Kraków 2007, s. 5.