W najnowszym numerze...

Krytyczne remanenty

Bartosz Suwiński

Bartosz Suwiński - próba czytania na nowo klasyków poezji polskiej XX i XXI wieku, mapowanie przestrzeni, oznaczanie swoich ścieżek i duktów, stale podejmowanie nowych dróg przez wiersze, ziemie objęte i nieobjęte wzrokiem

 

1.

Wiersze Ireny Wyczółkowskiej[1] spraszają nas do siebie, podejmują jak zwykle otwarcie i proszą w gościnę na (nie)znajome pokoje, które ogniskują naszą uwagę – już od samego początku lektury – kątami dobrze literacko opisanymi i rozpoznanymi w poezji autorki Ptaszyska. Ale, no właśnie. Jest jednak drobna różnica, która polegałaby na przenicowywaniu motywów, które obecne są i zmierzają od Ulicy Równoległej i tomów wcześniejszych (mówiąc najogólniej: sen, zaklinanie wspomnienia, śmierć matki – śmierć bliskich) a które tym razem zyskują długi/drugi oddech.  W konsekwencji całość wydaje się pracować częstotliwością zbliżoną często do pracy snu, więc nic nie jest do końca oczywiste jak (może) się wydaję na pierwszy rzut oka.

1.

Wiersze Tadeusza Soroczyńskiego są jak miedze między polami, które pieczołowicie obrabiają ludzkie dłonie[1]. Jest to poeta uwiedziony rodzimym krajobrazem, opisujący swoje strony, swoje zagony. Ziemia jest tu pojęciem kluczowym. Poeta przywiązany jest do pól i łąk, na których przyszło mu bywać, pracować, mierzyć się z żywiołami. Jego poezja jest prosta i uczciwa jak chłopskie podanie ręki, gdy dobija się targu. Wiersze jak bochny chleba, czasami czerstwe, czasami zakalcowate. Soroczyński jest poetą pierwszych wzruszeń, długiej, trudnej miłości do skrawków swojego świata, który pozostaje wierny. Wierność – kolejne staromodne słowo, które wyznacza trajektorie tych wierszy. Praca – jako ćwiczenie własnego charakteru, godzenie się z powikłanym losem. Umiłowanie prostych smaków, pochwała codzienności, jej prostego rytmu, do którego stale trzeba się dostrajać.

Poezja Juliana Kornhausera jest krucha jak porcelana, delikatna jak aksamitna chusta. Pokorna i powściągliwa, odważna i skłaniająca do ciągłych reinterpretacji. Jest miejscem wybrzmiewania przeróżnych języków, stale podejmuje odmienne rejestry poetyckiego opowiadania faktyczności, zdawania sprawy z własnych perypetii, wzlotów i bolączek, w myśl zasady, że im więcej anektuje dla siebie języków do opisania rzeczywistości, tym więcej może nam o niej powiedzieć. Wielu osobom użycza się tu głosu: bezbronni, wykluczeni, zapomniani nagle dopominają się o siebie, wychodzą ku nam, zagadują przestrzeń wierszy. Siła poezji Kornhausera leży w otwartości tego poezjowania, biorącego w siebie to, co inne, co przychodzi od strony ludzi, świata. Stąd przenikanie się odmienności, bycie z sobą bez uników. Rysująca się możliwość spotkania, sforsowania oporu; zalążki wspólnoty. Bycie po stronie człowieka. Widzenie bez osłonek i uprzedzeń. Empatia i uważność – imiona wierszy, których uczymy się z każdą lekturą.

Byłeś nocą i dążysz ku nocy. Tęsknisz do niej, bo znasz jej łagodność, chłód jej dłoni na twoich powiekach. Dzień był dla ciebie, udręką; noc dawała ci wytchnienie. A jednak marzysz o świetle, o polach, o widnokręgach światła (Edmond Jabès)[1].

Wiersze Ryszarda Krynickiego nie narzucają się: są dyskretne, ciche, wycofane. Ta z pozoru mało wyszukana, przymiotnikowa charakterystyka, mówi o nich więcej niż ubrana w przypisy rozprawa. Poezja niczym skromne uwagi, domagające się zaangażowania, na przekór swojej nieśmiałości. Tym większe należy im się zainteresowanie, im bardziej od niego stronią. Tym bardziej zaangażowana powinna być ich lektura, im mniej rozmowna wydawać się będzie czytana poezja. Tym bardziej, że ciężko mówi się o stanach skupienia, ograniczających się zwykle do kilku ruchów, paru gestów, niknących słów.