W najnowszym numerze...

Czwartek

Lublin, dworzec PKP. Czystość, porządek. Chłodne powietrze. Przed drzwiami wyjściowymi człowiek w barwach narodowych – całkowicie białe włosy i całkowicie czerwona twarz. Mój rodak.

Mam półtorej godziny zapasu, żeby dotrzeć do bursy, przebrać się i trafić na stare miasto. To jednak nie takie proste. Osoby pytane na dworcu albo nie wiedzą, jak tam dojechać, albo twierdzą, że to bardzo skomplikowane. Postanawiam „coś wymyślić” i zaczynam wymyślać. Wtedy nieznajomy Człowiek z Kiosku oferuje, że ma po drodze i mnie podwiezie. Podwozi. Czuję się zjednoczony z Kosmosem.

Kawiarnia Między Słowami. Jest dobrze, wnętrze sprzyja, czytam. Przychodzi Wojtek zapowiedzieć sobotnią imprezę na cmentarzu. Marsz ku czci lokalnego poety ze świecami i wierszami. Zaczynam się łamać, czy nie wrócić z Puław do Lublina zamiast jechać do domu. Kawa. Pytania, dyskusje, polemiki. Zasiadamy z zupełnie nowymi znajomymi na wino i powstają zupełnie nowe historie. Nie ma o czym pisać, tu wszystko się dopiero zaczyna. Trwać może podskórnie, kończyć – w innym miejscu, innej rzeczywistości, innych ludziach, już zupełnie poza nami. Odprowadzają mnie. Zmoknięty i zmarznięty trafiam do swojej bursy, gdzie jakieś czarne ptaszyska okupują parapet. Trzy łóżka wdzięczą się do mnie. Dojadam prowizoryczną kolację i próbuję czytać zdobyczny tomik wierszy.

Znowu zacząłem pić wino. Po latach picia wina z zawodowego przymusu, nawykłem do omijania tego trunku z daleka, a polubiłem inne. Chyba jednak teraz odbudowuje mi się dobry gust i zdrowy rozsądek. Wraca przyjemność. Inna sprawa, że w tej ciągłej podróży, gdzie zapycham się synonimami jedzenia, wino jest jedynym w miarę regularnym źródłem witamin. A może jeszcze inaczej. Czerwone wino ma dużo wspólnego z poezją dzięki swojej złożonej, mrocznej niejednoznaczności. Można je chyba przyrównać do gotyku. Wtedy renesans byłby białym winem, barok – kolorowymi drinkami, a klasycyzm – czystą wódką. W tej figurze myślowej romantyzm jest narkomanią. Wybieram jedno z łóżek. Wojtek obiecał załatwić nocleg. Może jednak wrócę w sobotę? Leje zimny deszcz. Czarne ptaszyska na parapecie zaczynają zasłaniać całe okno, a po jakimś czasie w ogóle wszystko.

 

Piątek

Śniadanie. Cztery parówki i końcówka wczorajszego Merlota. Porządkuję myśli, wypożyczam żelazko w recepcji i pakuję się. Brakuje mi kawy, jestem jakiś oklapły.

Katolicki Uniwersytet Lubelski – elegancka, zadbana uczelnia, w której siedzę (po raz pierwszy w życiu) na miejscu wykładowcy i zastanawiam się od czego zacząć. Grupa studentów i wykładowców przyszła zobaczyć poetę. Mam czytać wiersze? Opowiadać? Dyskutować? Rozmawiamy o promocji poezji, rynku, warsztacie i grafomanii. O realiach i programach filologii. Spotkanie przeciąga się, pędzimy na obiad i do autobusu. Nadal mało przytomny, ale chyba nie było źle, w każdym razie na pewno nie mi. Towarzystwo przednie, tylko czas ucieka. Wsiadam w coś, co jedzie do Puław.

Zaczynam się domyślać, że przyczyną mojego zmęczenia jest pogoda. Chmury mają kolor tygodniowego trupa, którego ktoś wcześniej mocno spałował. Pociesza mnie to bardzo, już się bałem, że mi źle z jakiegoś zupełnie innego powodu. A tu – zwyczajnie, pogoda. Jak na pierwszą wizytę w Kazimierzu Dolnym, to mało zobaczyłem. Zaledwie przez szyby autobusu, w paskudnym nastroju i wśród tych niskich, walących się na łeb chmur. Dostrzegam absurdalnie (i uroczo) wąskie uliczki, ruiny ogromnego zamku, prawdziwe i nieprawdziwe renesansowe kamienice. Naśladownictwo jest tak zaawansowane, że trudno przez szybę odróżnić produkty architektury powstałe pod wpływem epoki od tych powstałych pod wpływem konserwatora zabytków, czy też jakiegoś ideologa krajobrazu. Stwierdzam jednak, że odróżniłem i zaczynam się uważać za bardzo spostrzegawczego. To z kolei znowu podnosi mnie na duchu i tak w kółko. Dołek i zwyżka, dokładnie jak bujanie pojazdu, bo amortyzatory mocno zużyte, a droga fatalna. Tylko moje bujanie w nieco wolniejszym tempie. Następny atak melancholii nachodzi mnie na myśl, że bus jedzie nie – jak mnie zapewniano – czterdzieści minut, a caluteńkie półtorej godziny. Miałem niewielki zapas czasu, trzeba być porządnym i się jakoś ubezpieczać od niespodziewaności. Zapas jednak dawno został pożarty przez coś bliżej nieokreślonego (może przez tego spałowanego trupa z nieba) i spóźnię się na własne spotkanie. Źle mi z tym, bardzo mi z tym źle. Pociesza mnie współpasażerka, oferując zaprowadzenie do Centrum Kultury z przystanku, a następnie pozostanie na moim spotkaniu i posłuchanie co też będę tam wyczyniał (wyczytywał). Zawsze to podnosi frekwencję o +1, a człowiek to człowiek! Cały człowiek. Bujam się więc tak góra – dół, góra – dół. I góra zaczyna przeważać.

Z ciekawych miejsc w Puławach zwiedziłem wieczorem po spotkaniu klub taneczno – rozrywkowy nad Centrum Kultury. Trzy razy musiałem potwierdzać barmance, że nie chcę alkoholu w szklance soku, ale też nie chcę tej szklanki soku za darmo. Nie zostałem długo. To kolejne miejsce, gdzie wszyscy znają wszystkich, przychodzą do barów grupkami albo całymi społecznościami, piją i gadają przy okrągłych stolikach, tak, że niezależnie jak stanąć – są tyłem. Nie, żebym szukał jakichś bliższych znajomości, pewnie gdybym się uparł, to rozmontowałbym taki stolik. Ale sławna „samotność w tłumie” jest jednak w takich miejscach odczuwalna szczególnie.

Jestem bardzo zmęczony. Wracam szybko do pomieszczenia w rodzaju hoteliku. Właścicielem jest Centrum Kultury – instytucja z dużym, piętrowym budynkiem organizująca mi spotkanie, publiczność i nocleg. Bardzo uprzejmie i kompetentnie. Pamiętam, że mówiłem coś o mediach – że nie promują poetów, raczej same siebie, a poetów sobie do tych promocji kupują i odstawiają jak już użyją w celu wzmocnienia własnej popularności. No i okazało się, że na sali byli przedstawiciele lokalnego radia, którzy jednak zrobili ze mną bardzo uprzejmy wywiad, a nawet zgodzili się wysłać mi MP3 do powieszenia na portalu. Tego wieczoru jednak mało przejęty sławą zasypiam bez problemu na zaskakująco wygodnej kanapie. Jeśli coś mi się śniło, to nic o tym nie wiem.

 

Sobota

Śniadanie. Dwa kabanosy, coś w rodzaju bułki i końcówka wczorajszego Caberneta. Nigdzie się nie spieszę. Zjadam jakieś tabletki witaminowe, popijam wodą i odstawiam butelkę na szafkę. Opieram się o szeroki parapet, na którym stoi radio z początku lat 80. Włączam. Szum. Cudowny szum monofonicznego radia, długie fale. Brzęczy jakaś zagubiona audycja, może z Trójkąta Bermudzkiego. Chyba po czesku. Za oknem w obie strony chodzą ludzie. Odsłaniam firanę, żeby lepiej widzieć, opieram się łokciami o parapet i gapię na przechodzących. Od czasu do czasu ktoś się odwraca i patrzy w to samo okno co ja, tylko z drugiej strony. Robię wtedy głupie miny.

Wracam na kanapę poczytać. Strącam wodę z szafki. Wylewa się prawie litr do butów. Jakby było mało, że pourywały mi się sznurowadła. Suszę na kaloryferach trzy godziny, nie spieszy mi się. Zdecydowałem już, dzwonię do Wojtka, umawiamy się na 15.00 w Bramie Grodzkiej. Znowu będzie bujać i zobaczę kawałek Kazimierza.

Na początek przechadzka po lubelskim rynku. Mijamy jakąś piękną kamienicę i Wojtek zaczyna opowiadać. Mianowicie jest zafascynowany nocną wycieczką po dachach, podczas której znalazł najprawdziwszy widelec. Przez chwilę myślę, że to jakaś trywialna gadanina, jestem zajęty oglądaniem kamienicy. Po chwili zmieniam zdanie. Jak często udaje się znaleźć widelec podczas biegania nocą po dachach Starego Miasta? Większości ludzi nie przytrafia się to nigdy w życiu. Mijamy kolejne kamienice i nie dowiaduję się o nich niczego. To przeszłość. Prawdziwe życie jest gdzie indziej.

Zabytki jednak nie dają o sobie zapomnieć, zwłaszcza te żywe. Przypominają źle ubranych ludzi, opatulonych według jakiejś egzotycznej mody, egzotycznej czasem, a nie miejscem. Przecież świat sprzed sześćdziesięciu lat jest równie egzotyczny jak świat o dwadzieścia tysięcy kilometrów stąd. Widziałem wiele starówek, mam to skrzywienie, że przeżywam je mocno. Lubelska zachowała coś zupełnie niezwykłego i bynajmniej nie wiem, co to jest. Zwykle (tak było np. w Tarnowie) odrapane mury odpychają mnie i pomstuję na zaniedbania. Jednak gdyby powstał apel społeczny o nieodnawianie starego Lublina, to bym się podpisał. I niewykluczone, że powstanie. Z kimkolwiek z miejscowych nie rozmawiałem, każdy mówił to samo. Zagadkowy, irracjonalny urok autentycznego starocia powinien zostać na tych murach. Ostatecznie upewnia mnie jedna ogromna kamienica przy rynku. Gapiłem się na nią dłuższą chwilę, ale z takim niesmakiem, że nie jestem w stanie nawet przypomnieć sobie, cóż tam się mieści w środku. Nie znam więc winowajcy, ale z pewnością oglądałem śmierć. Podobno ciało ludzkie oddycha także skórą. Malując ludziom ciała trzeba zostawiać jakieś wolne plamy, żeby się nie udusili. Patrzyłem więc na dom pomalowany na kolor rudobrązowy – nie tylko tynki, ale portale, parapety, rynny, wszystko równiutko na ten jednolity, obrzydliwy (w kontekście całego rynku) odcień. Mumia. Poczułem, że się duszę.

Muzeum w Bramie Grodzkiej – stary Lublin, głównie historia dzielnicy żydowskiej. Fotoplastikony wyglądające jak oryginalne, mnóstwo starych zdjęć, archiwa. Interesują mnie najbardziej obyczaje, kultura. Jednak tematem głównym jest zagłada. Żyjemy wciąż w dyskursie śmierci – holokaust, katastrofy, tak się pisze historię swoją i nieswoją. A to dopiero połowa. Przecież coś było wcześniej? Kim byli, jak żyli, co stworzyli Żydzi w Lublinie? Przecież żyli, długo, długie wieki żyli bogato i barwnie. Całe muzeum jest jednak osadzone na osi „dopóki”. Mój przewodnik streszcza historię Bramy Grodzkiej i Bramy Zasranej, o którą to nazwę nie pytałem (bo z całą pewnością wszyscy podekscytowani pytają, więc Wojtek i tak z przyzwyczajenia, lekko znużony opowie). Wychodzimy. Głównym deptakiem spod sklepienia bramy zwanej dawniej Żydowską wędruje manifestacja poparcia dla legalizacji marihuany. Zepsuł im się sprzęt muzyczny. Niektórzy mają sztuczne dredy na głowie.

Jeszcze piękniejszy (o ile można użyć tego słowa) od Starówki jest lubelski cmentarz. Ogromna powierzchnia pokryta mogiłami porośniętymi mchem. Napisy z XIX w. zacierają się. Leżą tu artyści, powstańcy, żołnierze, politycy, trudno się zorientować, zwłaszcza, że cmentarz ma trzy przylegające części - katolicką, prawosławną i ewangelicką. Podobno przy jednej z lubelskich studni (istniejącej do dziś) spotykali się po swoich nabożeństwach ludzie różnych wyznań przychodzący po wodę. Taka mimowolna manifestacja tolerancji i wspólnoty. Pomyślałem, że to tylko namiastka. Tak naprawdę spotykali się dopiero tu.

Jesteśmy w części katolickiej nad grobem Józefa Łobodowskiego. Czytamy fragmenty jego wierszy, ktoś polemizuje z kimś, czy aby na pewno to numer dwa po Czechowiczu. Lubimy numery dwa, wszelkie czarne konie, niedocenionych wielkich. Od zawsze w niektórych kręgach „wiadomo”, że Słowacki był większy od Mickiewicza, Norwid od Baudelaire'a, Ważyk od Przybosia itd. Nie szkodzi. Nie znałem Łobodowskiego i wiem, że czas poznać. Choćby drogą przez cmentarz trzech religii w Lublinie, różnymi drogami trafia się do poezji. Stoją razem ludzie z różnych środowisk i organizacji. Trochę jak przy tej studni, bez animozji i śladu jakiegokolwiek napięcia. Chciałbym, żeby wszędzie w Polsce, gdzie czerpie się z tych studni poetyckich, było właśnie tak. Ale trudno się jednoczyć nawet na cmentarzach, a co dopiero przy wodopoju.

Spędzamy potem bardzo miły wieczór oglądając recytacje lokalnych miłośników literatury wyświetlane z laptopa. Zaczynam kojarzyć ludzi. Jeszcze później, kiedy wszyscy się rozchodzą zostaję sam i włóczę się po Starym Mieście do trzeciej nad ranem z zamiarem powracania tu. Do tego specyficznego miasta, gdzie dworzec PKP jest w jakimś kompletnie niewytłumaczalnym miejscu, ale za to kamienice ubrane są jak nigdzie w Polsce, a widelec znaleziony nocą na dachu wart jest dłuższej opowieści niż zabytkowe kościoły.

 

Niedziela

Nad pociągiem wisi chmura, przecinając go cieniem na pół. Jedziemy z tą samą szybkością. Stoję na korytarzu. Wózek barowy mija kolejne przedziały odganiany sennym fukaniem najedzonych i napitych. Zatrzymuje się przy końcu wagonu, dobiega mnie zapach kawy tak silny, że aż odwracam się, żeby popatrzeć. Za oknem samotna sarna też odwraca się i patrzy w to samo miejsce, co ja. Przez chwilę mam wrażenie, że odczuwamy identyczny rodzaj zakłóceń, że powinienem wysiąść i pójść do lasu. Sarna znika skasowana z pola widzenia drzwiami korytarza. Zapach nie chce zniknąć. Rozwiewa go dopiero nowy akcent – konduktor wypsikany damskimi perfumami. Bardzo dobrymi damskimi perfumami.

W pociągach TLK woda w ubikacjach jest albo jej nie ma. Żelazna logika Kubusia Puchatka.

 

Epilog

Jeśli ktoś chce wiedzieć, o co chodziło z Bramą Zasraną, to niech spyta Wojtka.

Sławomir Płatek

 


 

Tekst ukazał się w 2011 roku bezpośrednio po podróży do Lublina. Postanowiliśmy go przypomnieć, gdyż obecnie jest niedostępny w sieci.

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.