W najnowszym numerze...

Ja też przeczytałem artykuł o tym, że „Literatura polska nie istnieje”. Tytuł jest drastyczny, ale treść niezła.

Co prawda jest to treść nieco chaotyczna, Kinga Dunin pisze o wielu rzeczach, ale między innymi o problemie „dwuzawodowości”. Autorzy nie utrzymują się bowiem z pisania. Ktoś powie, że to normalne i że trudno byłoby wyżywić z pisania samych choćby prozaików, których ilość idzie w tysiące. Można nawet policzyć na przybliżonych liczbach: na przykład 5000 autorów – żeby każdy z nich zarabiał 30 tys. zł. rocznie należałoby sprzedać 12 milionów książek w średniej cenie 40 zł./szt. Działałoby to tylko przy równym podziale sprzedaży między autorów i nie ma w tych liczbach autorów zagranicznych. Jeśli założymy, że np. trzydziestu najlepiej sprzedawanych pisarzy zgarnia większość puli, należałoby ją prawdopodobnie podwoić, żeby wystarczyło pieniędzy dla tych mniej zarabiających. Jeśli więc założymy hipotetyczną sytuację idealną – połowa sprzedawanych książek to polscy autorzy i każdemu wystarcza na życie, wydawcy musieliby sprzedawać około 50 milionów książek rocznie. I teraz – uwaga – proszę się nie śmiać. To są dwie książki na piśmienną osobę. Chyba możliwe. Inna sprawa, że to się raczej nigdy nie zdarzy, ale dwie książki na osobę, to nie jest coś, co brzmi równie straszliwie, jak 50 milionów książek.

Wiem, gadam jak utopista. Ale wyobrażenie sobie, że „pisarze stanowiliby bardziej homogeniczną grupę zawodową, dbającą o wspólne interesy, a hierarchie wartości w większym stopniu kształtowane byłyby przez profesjonalistów, a nie przez rynek i inne heterogeniczne czynniki” to utopia jeszcze większa. W literaturze jest za mało pieniędzy do podziału, wiadomo, że nie starczy dla wszystkich. Że starczy dla bardzo niewielu, więc walka toczy się na ostre narzędzia. Tu nie można zjednoczyć się jak robotnicy w fabryce i ogłosić strajku. Polski czytelnik i polski wydawca nie potrzebują polskich autorów i ich strajk nikomu nie zaszkodzi. Edukacja też ich nie potrzebuje. W szkołach zamiast zaproponowania komunikatywnej prozy współczesnej – Tokarczuk, Huellego czy nawet Masłowskiej nadal katuje się dzieci Żeromskim. Poezja? Ja rozumiem, że Lechoń coś kiedyś znaczył, wiem nawet co znaczył i dlaczego. Ale naprawdę, zastąpienie Tetmajera i Lechonia na przykład Świetlickim i (a niech tam!) Sajkowskim mogłoby naprawdę dobrze poukładać tym uczniom w głowach. Oni mówią ich językiem i widzą ten sam świat, który widzi młodzież. A młodopolszczyzna jedynie napędza kolejne pokolenia grafomanii. I może by się okazało, że ktoś czasem kupi i przeczyta polską książkę żyjącego autora? Że autor zarobi? Nawet ten, którego nie było na liście lektur, bo książka kojarzy się już z dobrze spędzonym czasem, a nie z Guantanamo, gdzie w ramach tortur zmusza się do analizy Ludzi bezdomnych i poezji Lechonia.

Właściwie artykuł Dunin to tekst, w którym podoba mi się prawie wszystko, łącznie z możliwością nawiązania dyskusji w niektórych punktach. Jedno, co mnie zdziwiło, to końcowy „obowiązkowy” postulat genderowy. Pojawia się m.in. nawiązanie do tekstu Mai Staśko z Krytyki politycznej.

Szczerze mówiąc nie mam pojęcia, jak nawoływania Mai Staśko, żeby poeci rzadziej chcieli „ruchać” poetki (przepraszam za język, ale czerpię go z artykułu) mają się do konkurencyjności polskich książek i zarobków autorów. Wygląda to tak, że pod koniec każdego artykułu na dowolny temat trzeba dodać obowiązkowo akapit pełniący rolę „oficera politycznego”, niezależnie czy to ma związek z treścią. W realnym socjalizmie nawet instrukcja obsługi silnika elektrycznego musiała zwierać wzmiankę o „internacjonalistycznej współpracy bratnich narodów”. Nieco później, jak pamiętamy, cokolwiek się nie udało, to była „wina Tuska”. Pewna znana polska pisarka ma zwyczaj w każdym nieszczęściu widzieć jako przyczynę „kulturę patriarchalną”. Przypuszczalnie właśnie z powodu tego demonicznego patriarchatu ostatnio przepaliła mi się żarówka. Warto może podsumować, że jeśli się szuka problemu tam, gdzie go nie ma, to się go nie rozwiąże. Kiedy przepali mi się żarówka, nie dzwonię do wodociągów.

Będzie lepiej? Niektórym tak, innym nie, ale ogólnie – będzie lepiej? Idzie lato, więc chce się myśleć, że będzie.

Sławomir Płatek

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.