W najnowszym numerze...

Jak pewnie wszyscy zainteresowani się zorientowali, nie będzie Fali Poprzecznej 2018 ani konkursu Wielki Iluminator. Jako główny twórca tego zamieszania chyba powinienem się wytłumaczyć potencjalnym zainteresowanym (a od paru lat regularnie przypływają pytania i zgłoszenia do udziału, więc tym bardziej). Wyjaśnienie jest proste, choć artykuł, jak widać, powstał dość obszerny.

Zacznijmy od tego, że tu nie ma z kim współpracować. Dwie – trzy osoby to za mało, żeby zbudować tzw. środowisko. Lokalne oddziały SPP i ZLP drzemią syte i głaszczą się po brzuchu, nie wykazują ani grama tej energii, co np. w Łodzi, zresztą tutejszy uniwersytet też zajęty jest głównie samym sobą, czyli badaniem tzw. nowych roczników (chodzi o falę twórców debiutujących w połowie lat 70.). Poza tym jest tu grupka osób niespecjalnie zainteresowanych literaturą, ale regularnie wspólnie piwkująca. Od lat konsekwentnie bojkotują wszystkie ambitniejsze wydarzenia.

Jest to piękna tradycja, też lubię się spotykać ze starymi znajomymi w „uleżanym” towarzystwie, tylko nie nazywam tego festiwalem literackim, a luźnych pogaduszek przy piwku nie można nazwać współczesnością poetycką, nawet regionalnie. Nie ma więc na Wybrzeżu ani festiwalu, ani „zjawiska” od późnych lat 80., to znaczy od Totartu. Ciekawy natomiast jest szereg głosów krytycznych o teorii Wyki (pokolenia artystyczne), w Trójmieście szczególnie popularnej przez wpływ i autorytet A. K. Waśkiewicza. Oczywiście, od dawna wiadomo, że granice są płynne, teorię pokolenia podważono niemal ostatecznie, kiedy znienacka odkopali ją młodzi poeci z roczników 90., bez jakiegokolwiek zresztą sensownego rezultatu (pisałem o tym sceptycznie kilka razy). Sprawa staje się jednak bardziej złożona, coraz częściej słyszę, że owszem, można się umówić na nową falę jako pokolenie, można nawet uznać pokolenie Brulionu (wbrew wielu brulionowcom), ale nigdy nie było pokolenia nowej prywatności, że czas między generacją '68 a przełomem ustrojowym był dziurą nie tylko w historii Polski, ale także „dziurą pokoleniową” wypełnianą sztucznie kilkoma zjawiskami raczej „zrobionymi” niż autentycznymi.

Jeśli tak jest, to tym gorzej, bo współczesne życie poetyckie Wybrzeża, o ile można w ogóle o takim mówić, jest w prostej linii potomstwem tej „nowej prywatności”, która jest, a jakoby jej nie było. Istnieje więc tradycja, wpływy lokalne, hierarchie i trzymanie sterów, a jeśli ktoś się nie identyfikuje – nie znajdzie tu dla siebie miejsca. I tak wypadłby przykry przegląd sukcesów tutejszych twórców, pomijając indywidualności, które nigdy w żaden sposób się z tym towarzyskim dziedzictwem nowej prywatności nie identyfikowały w działaniach i publicznych wypowiedziach. To są takie postacie, jak Jacek Dehnel, Rafał Krause, Jakobe Mansztajn, Grzegorz Kwiatkowski, Marcin Kleinszmidt (zabiję go jego własnym maszynopisem, jeśli za chwilę nie wyda drugiej książki) i Dominika Kaszuba, czy nawet łowca konkursów – Rafał Baron, wcale dobry twórca. Jest Rafał Skonieczny, ale wciąż tu nieco jakby przejazdem. Najciekawszy moim zdaniem z tutejszych talentów, Dawid Majer, zawsze czuł się na poły związany z Kielcami, a do tego wyemigrował i słuch po nim zaginął. Myślę, że można do tego dodać nawet Tadeusza Dąbrowskiego, który, jakkolwiek związany z Trójmiastem, odniósł swój marketingowy sukces jako kosmopolita, a nie jako „człowiek stąd”. Piotr Wiesław Rudzki wyprowadził się, bodajże do Malborka. Feministyczny odłam społeczeństwa powie, że wymieniłem tylko jedną kobietę („społeczeństwo” jest rodzaju nijakiego, ale „odłam” już męskiego). Dobrze, może kogoś pominąłem, pewnie Annę Wieser, szkoda poetki, bo debiut był niezły, ale potem, od dziesięciu lat cisza. Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby powstał na Wybrzeżu mocny nurt poezji kobiet, ale nic na to nie wskazuje i żeby wykazać parytet, trzeba by było zmusić parę dziewczyn do pisania wierszy. Co gorsza – tu nie ma żadnego mocnego nurtu, w męskim pisaniu również.

Podsumowując: kto żyw i kto utalentowany, ewakuuje się stąd i przykleja do innych środowisk. Smutek zimnych krajów, jesienna chujowizna, jak pisała Dominika Kaszuba, październikowy spleen, nie brnąc w parafrazy już dłużej – to straty niepowetowane; nie będzie piątej Fali Poprzecznej, nie będzie trzeciego Wielkiego Iluminatora, jedynego konkursu, który mógł wstrzyknąć coś w życie konkursowe Gdańska, a po tym, co napisałem powyżej o „nowej prywatności” przypuszczam, że dalsza przyszłość także jest zamknięta, bo zwyczajnie naraziłem się im. Nie można nazywać środowiskiem grupy trzech – czterech osób, pasjonatów, ciężko pracujących i ignorowanych przez władze i media, do tego zasuwających za darmo i próbujących skleić ogólnopolski znaczący festiwal za pieniądze, które wystarczyłyby na dwie wyczynowe hulajnogi. I co z tego, że nam się cztery razy udało, nic się na tym Wybrzeżu nie urodziło, wiatraki jak stały, tak stoją.

I co, skarżę się, marudzę, narzekam? Nie, próbowaliśmy z całą energią i wizją, ale kijem Wisły nie zawrócisz, jak mówi przysłowie. Media, wszystkie redakcje czasopism kulturalnych, urzędy, uniwersytet, lokalne władze związków twórczych, wszystko, co ma tutaj jakikolwiek związek z poezją jest w rękach „nowej prywatności”, a ta nie wykazuje zainteresowania wsparciem rodzących się zjawisk. Robienie festiwalu tylko po to, żeby zaprosić ludzi z całej Polski na imprezę programowo bojkotowaną przez całe Trójmiasto nie ma sensu. Jednocześnie w imieniu tych, którzy współpracowali w czterech edycjach Fali dziękuję wszystkim odwiedzającym, to był dobrze, miło i pożytecznie spędzony czas. Do zobaczenia w innych, lepszych miejscach.

Sławomir Płatek

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2018 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.