W najnowszym numerze...

Andrzej Olczyk

Andrzej Olczyk (ur. 1956), studia artystyczne w Krakowie ze specjalnością druku wypukłego ukończył w 1986. Od tego czasu uczestniczy w cyklicznych wystawach: Konkursie Graficznym im. J. Gielniaka w Jeleniej Górze, Quadriennale Drzeworytu i Linorytu Polskiego w Olsztynie, Biennale Małej Formy Graficznej i Ekslibrisu w Ostrowie Wlkp., Międzynarodowym Konkursie Graficznym na Ekslibris w Gliwicach, Międzynarodowym Biennale Ekslibrisu Współczesnego w Malborku. Brał udział także w wystawach zagranicznych: w Bostonie, Rzymie, Maastricht, Havirov (Czechy), Bitola (Macedonia).

Strona www: http://aolczyk.pl


Andrzeja Olczyka nie trzeba przedstawiać. Jego grafiki i malarstwo to kunszt najwyższej próby. Do prezentacji na łamach „SL” wybrałem obrazy olejne. Natomiast w nagłówku strony znalazł się fragment jego linorytu. Trzy lata temu w dzienniku napisałem kilka słów o twórczości Andrzeja. Niech to będzie mój komentarz:

 

1.

Jeśli miałbym napisać, czyje prace wywarły na mnie największe wrażenie i zostawiły ślad najtrwalszy, wymieniłbym niewątpliwie linoryty Andrzeja Olczyka. Poznaliśmy się w czerwcu 2007 roku na jednym z portali artystycznych. Nie mogłem wtedy uwierzyć, że ludzka ręka jest w stanie ciąć w ten sposób linoleum. Przyglądałem się grafikom godzinami, analizując kontur za konturem. Wydawało się, że nie ma tam przypadkowości, że każda kreska jest na właściwym miejscu, starannie przemyślana i wyważona. Poza niezwykłością warsztatu czułem, że łączy mnie z Andrzejem coś więcej, coś nieuchwytnego w definicjach: ta sama potrzeba tworzenia, podobna emocjonalność.

Przyznaję – kopiowałem jego linoryty. Chciałem poznać każdy ich fragment, a zwłaszcza odcienie szarości, na które szczególnie wyczuliłem oko. Dopiero później zdałem sobie sprawę, że tak głęboka podróż stworzyła podwaliny mojego stylu, w tamtym czasie – jeszcze niekompletnego. Odkrycie Andrzeja było dostrzeżeniem światła w ciemnościach, znalezieniem drogowskazu, którym musiałem podążyć.

– W domu z dzieciństwa pachniało olejem lnianym i terpentyną – zwierzał się Andrzej – gdy miałem 12 lat, trafiły mi w ręce Zwierzęta z mojego szkicownika Sokołowskiego i natychmiast postanowiłem zostać jak on rysującym ornitologiem. Rysowałem bardzo dużo, a jedynym tematem były zwierzęta: hodowane papugi, owady, traszki. Potem w szkicowniku pojawili się ludzie, a także przedmioty. Z czasem zauważyłem, że w trakcie rysowania odkrywam świat nowy i niewidzialny. Był coraz bliżej, jednak zawsze w końcu wymykał się, a co gorsza – rozrastał.

Andrzej od dziecka fascynował się naturą. Po dzieciństwie spędzonym w okolicach hut, kopalń, w szarościach i brudnych fioletach, przeprowadził się z rodzicami na wieś. Tam nastąpiła eksplozja radości. Spacerował po lesie, zatrzymywał się, widząc wykroty. Fotografował je. Widział w nich „miejsca, w których zaczyna się nowe życie”, nazywał „wściekłą przyrodą, w której wszystko zostało napięte, naprężone”. Miał prawdopodobnie siedem albo osiem lat, gdy ojciec zabrał go do lasu. Wycinali z wykrotów najładniejsze korzonki, które potem oczyszczali z kory, lakierowali i naklejali na podstawki jako miniaturowe imitacje drzew.

– Ojciec sprzedawał je w cepelii, wtedy zaczęliśmy mieć pieniądze. Chwalił mnie, że wybieram najładniejsze korzonki. Moje wykroty w grafikach nie były świadome tego wspomnienia – wyznawał – jednak coś mnie do nich ciągnęło i tak stały się głównym tematem linorytów.

Dzieło Andrzeja rozszarpało mnie, stałem się jego więźniem. Ruszyłem w podróż bez powrotu. Dryfowałem w morzu szarości i refleksów, przemierzałem wykroty, ślady, planety i czułem pustkę, która była mi dziwnie bliska – pełna mądrości, pokory nad światem. Stała się moim azylem i wewnętrzną udręką. Przeglądałem się w niej.

 

2.

Po wspólnej wystawie w warszawskim „Autografie” wszystkie prace Olczyka trafiły do mojego trzynastometrowego pokoju w Ursusie. Przez rok żyłem obok nich. Dostrzegałem fascynacje Gielniakiem, a także Dürerem i wspominałem słowa Andrzeja o jeźdźcach Apokalipsy: „Linearyzm Dürera jest cudowny w połączeniu z barwnością pierwszego planu”.

Rozprawialiśmy, jak ważna w naszym życiu jest muzyka, opowiadałem mu o swojej przygodzie w zespole rockowym. U niego stawała się tłem stopniowo nabierającym znaczenia pierwszego planu, zwłaszcza – klasyczna. Koleiny powstawały do I symfonii Brahmsa: „Wtedy jej nie rozumiałem, była dla mnie za trudna”.

– Świadomość tego, jak dźwięk wpływa na tworzenie, pozwoliła mi wykorzystywać siłę muzyki – wyjaśniał Andrzej – kiedy słucham Szostakowicza, on prowadzi mi rękę, wiem jak rysować, to rzecz niezwykła. W podobny sposób powstały Późne kwartety Beethovena – dodawał po chwili.

Całe życie wykonywał dużo zamówień, malował głównie po to, by zdobyć pieniądze na dom. Mało było obrazów, które mógł zrobić tylko dla siebie, a nawet i te były skażone myślą, by je sprzedać. Ostatnie płótna są już bardzo osobiste. Warsztat staje się w nich narzędziem wydobytym poza naturę. Andrzej uważa, że tworzymy bezwarunkowo – choćby po to, „aby uzewnętrznić pokłady własnych emocji”.

- Jeśli tworzymy z myślą o kimkolwiek innym, uprawiamy rzemiosło – ocenia jasno i z rozmysłem.

Z dziennika, 23.08.2012
Krzysztof Schodowski

 


 

Andrzej Olczyk – galeria prac

 

 

Aktualny numer - Strona główna

Powrót do poprzedniej strony


© 2010-2019 Stowarzyszenie Salon Literacki.
Kopiowanie treści zawartych w serwisie wyłącznie za zgodą Redakcji i podaniem źródła pod cytowanym fragmentem, w przypadku portali internetowych - linkiem do serwisu salonliteracki.pl.