Kilku starych ludzi z granatami

Uriah Heep to stary zespół (wybaczcie te oczywistości, ale naprawdę można o tym nie wiedzieć, więc zacznę trochę z boku), paru starych ludzi gra starą muzykę. O tej starej muzyce napiszę więcej, bo panowie po prostu bezczelnie prowokują. Skład zespołu zmieniał się wielokrotnie, ale nawet po reaktywacji, odświeżony, to roczniki 50., a Mick Box nawet ’47.

Uriah Heep był dla mnie zawsze takim jakby trochę gorszym Deep Purple. Mieli swoją wersję Child in Time (czyli July Morning), wokalista miał swoje falsety (fatalne w porównaniu z potężnym, wiedźmowatym sopranem Gillana), gitarzysta – swoje riffy. Niby nie gorsze (a nawet sprawniej grane) niż Blackmore, ale bez takiego przekonania. Snuli się między art- i hard rockiem. W latach 80. mieli dół – pop-hart-art-blabla-rock. Dobry, acz zmanierowany śpiewak, David Byron (wszystko, tylko niech by nie piszczał tym pretensjonalnym falsetem) zapił się w połowie lat 80. Można było ich słuchać z niemałą przyjemnością, ale sami chyba po prostu nie wiedzieli, czego chcą. I nie wszystko im wychodziło.

Historia toczy się, czas biegnie. Klasycy drugiej ligi żyją i grają dalej. Klasycy pierwszej ligi – Purple – słabną, od Perfect Strangers nie nagrali ani jednej wielkiej płyty. Stają się powtarzalni, przewidywalni, wtórni względem swoich własnych naśladowców. W tym samym czasie zespół – znany niby, szanowany, wpisany w kanon, ale jednak zawsze podrzędny – Uriah Heep po paru przymiarkach nagrywa płytę Sea of Light. I jest to płyta wspaniała. Melodyjna (ale nie tak melodyjna jak przeboje Blue System), prowadzenie tych melodii jest wyjątkowo lekkie, własne i samonapędzające. Silna w brzmieniu – ale znowu nie tak, jak brutalne wynalazki rap-core, to jest czysta energia, bez domieszek. I przede wszystkim – świeże, radosne, niewymuszone granie. Chyba nareszcie po prostu znaleźli siebie.

Streściłem w ten sposób właściwie brzmienie trzech albumów – wspomniany Sea of Light, Wake the Sleeper i w końcu najnowszy – Into the Wild (2011). Najsłabszy z tej trójki. Nie, to nie jest dobre słowo. Najmniej znakomity – to lepiej brzmi i jest bliżej prawdy. Bo żaden nie jest słaby. Panowie dowodzą, że pamiętają, co to jest prawdziwy rock progresywny, chociaż nie grają tego gatunku, wyczuwa się zaledwie ślady. To raczej artystycznie potraktowany hard. Głos wokalisty jest czysty i potężny, perkusja – gęsta (skoro już prowadzimy tę paralelę z Deep Purple – niestety Ian Paice wymięka…), energiczna i bezkompromisowa. Równie gęsta jest faktura organowo – gitarowego tła z wdzięcznie wprowadzaną polifonią. Żadnego zawalania balladkami sentymentalnej niemocy. Wszystko spod dobrej ręki producenta – dźwięk jest barwny, ekspresyjny, archaiczne brzmienia okazują się jak najbardziej na czasie i zamiast trącić myszką – trącają elektrycznością. To co jednak uderza mnie najbardziej, to świeżość i szczerość. Przyjemność z grania, która niewątpliwie jest też źródłem przyjemności ze słuchania.

Nie zmieniłem tematu. Cały czas piszę o tych paru starych ludziach, którzy grają starą muzykę ze szczeniacką energią. Złośliwe bestie.

 

Kawałki pochodzą z ostatnich płyt