smętne powidoki

Władysław Strzemiński, „Tkacz”, litografia z 1950 roku

mnie się ten film nie podobał. był nudny, pokazywał za mało sztuki, na której się przecież nie znam, a i tak czuję jej niedosyt. poza Lindą i paroma ujęciami dwóch pozostałych aktorek właściwie nie ma w nim bohaterów. tak jakby Strzemiński był kompletnie sam. film jednego aktora, film o samotności. tło historii, poza wątkiem narastających represji komunistycznych jest zupełnie bezbarwne. bardzo brakowało mi zbliżeń kamery na głównego bohatera, właściwie najbardziej brakowało bliskości pomiędzy twórcą filmu a widzem. czułości. film był oschły i zakończył się chłodno.

można powiedzieć to co mówią wszyscy, czyli, że zepsuty film zaczyna się od ułomnego scenariusza. z drugiej strony świetna gra ulubionego aktora, który dwoi się i troi, żeby zapełnić pustkę na planie wybitnego reżysera też coś dla nas znaczy stąd nie mogę uwierzyć, że Wajda nie zrobił tego specjalnie….

zostawił nas z takim filmem, pokazującym beznadzieję, w chwili kiedy zanurzamy się we własną beznadzieję politycznych represji. i wylogował się. to wkurza najbardziej.

 

powidoki w reż. ś.p. Andrzej Wajdy

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

beksa

to felieton o beksie, a właściwie trzech beksach, czyli zdzisławie, zofii i tomaszu beksińskich. niedawno napisano o nich książkę biograficzną a także nakręcono znakomity film, oparty w całości na faktach z życia rodziny. miałam też przyjemność słuchać znajomych tomasza w dedykowanej mu, specjalnej audycji radiowej trójki. zresztą pamiętam doskonale jego nietuzinkowy głos, oraz emocje jakie towarzyszyły mi w kilka samotnych nocy, sam na sam z tomaszem i jego muzyką.

mówiąc beksiński, w pierwszej chwili myślimy jednak o mistrzu czyli zdzisławie, urodzonym w Sanoku twórcy doskonałych dzieł z gatunku malarstwa, grafiki, rzeźby, a także fotografii, od której zaczynał swoją przygodę ze sztuką, jeszcze jako krakowski i rzeszowski architekt. jeśli dobrze odczytałam przekaz filmu, beksiński był bardzo ciepłym i miłym człowiekiem, dość skromnym i nieśmiałym, a sadystyczne abstrakcje uwieczniane na jego obrazach to jedyny negatywny sygnał, że ze zdzisławem było „coś nie tak”. w jego wnętrzu było coś niepokojącego, bardzo niepokojącego.
owo „coś” jest dla mnie przejawem wielkości umysłowej, która znalazła sobie ujście w stworzonych przez niego fantastycznych wizjach świata. obrazy to sprytny pomysł na kontrolowanie życia, na poskromienie umysłu poprzez zakreślenie mu ścieżek dozwolonych, tak aby nie ucierpieli najbliżsi. dziwactwa zdzisława, takie jak filmowanie życia codziennego i robienie wywiadów z żoną a także z samym sobą, są dzisiaj dużo cieplej przyjmowane niż trzydzieści, dwadzieścia lat temu, ponieważ widzimy, że wykraczał w przyszłość, korzystając ze zgromadzonych przez siebie nowinek techniki. nasz świat staje się teraz bardziej beksiński…

tomasz, umysł genialny ale na tyle neurotyczny i nieprzystosowany do współczesnego świata, że nie widzi innego wyjścia jak wysadzenie całego systemu w powietrze. taką drastyczną decyzję podejmuje mały chłopiec pozbawiony matki, nieumiejący odnaleźć się w relacjach z kobietami. a właściwie z jedną kobietą, której wciąż poszukuje, aż wreszcie przestaje. egoista, znany z wielu dobrych gestów uczynionych dla przyjaciół. zagubiony emocjonalnie introwertyk najwyższej próby.

w filmie kluczowe zdanie, mówi nam o relacji ojciec – syn. zdzisław nigdy nie uderzył tomasza. nigdy go też nie przytulił.

i tu refleksja, która napiera na mój umysł z siłą tornada. w rękach genialnego ojca powstał tak niedoskonały twór jakim był tomasz beksiński. nie chodzi mi o brak czułości, której wielu ojców nie potrafi okazywać swoim dzieciom, ba! nie potrafią jej okazywać również swoim żonom i matkom. chodzi o totalny brak granic w wychowaniu dziecka. zdzisław cały swój umysł zatrudnił do kontrolowania siebie samego. jego ciepło i dobroć względem rodziny to przecież ciężka praca z własnym umysłem, a wychowywanie małego dziecka, a później nastolatka okazało się zbyt trudnym zadaniem. ojciec daje synowi zupełną wolność w wyborach, w poglądach, wspiera go w rozwoju ale nie stawia najmniejszych granic. umysł tomasza pozbawiony ograniczeń rozrasta się niczym purchawka. staje się nie do zniesienia. tomasz nie może znieść samego siebie.

i wreszcie zofia, córka, żona i matka. najsilniejszy element rodziny, źródło bezinteresownej miłości oraz akceptacji. spoiwo. niezrozumiała jest dla nas jej wycofana, podrzędna rola, a właściwie sztandarowa rola kobiet, matek albo żon genialnych artystów, muzyków, naukowców a może też polityków.

wiem jedno, skoro zdzisław nie sprawdza się w roli ojca, a tomasz nie nadaje się na partnera ani w ogóle na obywatela tego świata, to może cała przyszłość w zofii? we mnie i w tobie? może to my jesteśmy genialne?

tylko skąd te łzy?

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

poezja funeralna

jest coś niezwykłego w poezji funeralnej, która na co dzień może nas nużyć i wydawać się zupełnie okolicznościowa. tematy śmierci i żałoby są przez nas spychane w czeluść naszego umysłu, na margines życia, dopóki nie dotknie nas choroba i śmierć osoby bliskiej. choć nawet wtedy po czasie rozpaczliwej żałoby, u większości z nas zachodzi pewnego rodzaju wyparcie, zapomnienie dla niemiłych zdarzeń, do których nie wracamy częściej niż raz na rok.

a to źle. śmierć może nas zaskoczyć, jeśli nie zrozumiemy, że jest zwykłym elementem naszego życia. poezja na temat śmierci bliskich nie tylko uspokaja autora, i jakby przedłuża życie zmarłego ale też pełni bardzo ważną rolę psychologiczną. poezja funeralna umożliwia nam wejście głęboko w siebie, stanowi medytację której tematem jest sens naszego istnienia. dotknięcie niedotykalnego w sposób poetycki, to piękno samo w sobie.

słowa obrane z magii, z histerii i przesadnego dramatyzmu. słowa subtelne, czułe, które wypowiadając przestajemy być aktorem w teatrze literatury, a stajemy się samym sobą. komunia wewnętrzna. i za to jestem wdzięczna Chrystusowi. i poetom.

(…) w tym pokoju, w tym mieszkaniu smok trzygłowy się narodził, słowem – mnóstwo rzeki pod tą ziemią i w tych żyłach ciągle przeszłość szumi jak zepsute radio. mówisz:

tyle wspomnień, taki czar. a nasze dusze smutne mają pyski. leżą na dywanie, wyją. nie dają żyć.

J. Mansztajn, O duszy, z tomiku Studium Przypadku

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

kanał, popiół a jednak diament

obejrzałam niedawno na wielkim ekranie dwa filmy wajdy, zremasterowane po latach, odnowione, ze wspaniałym wstępem prowadzącego, a potem zwieńczone dyskusją z reżyserem. ‚kanał’ oraz ‚popiół i diament’.

nie mogę się z nich otrząsnąć. to nie dialogi, nie historie, to obrazy, które działają na podświadomość. losy bohaterów tych filmów były tragiczne, prawie wszyscy zginęli. ale również losy aktorów, wybitnych polskich aktorów, były tragiczne. zbigniew cybulski zginął tragicznie, z powodu własnej lekkomyślności. tak zginął jak grał, jakby dalej brał udział w filmie i nie wierzył, że śmierć może przyjść naprawdę. związany był przez pewien czas z gdańskiem, z teatrem ‚wybrzeże’ i teatrzykiem ‚bim bom’, dlatego jest nam szczególnie bliski.
teresa iżewska, piękna, oszałamiająca wręcz ‚stokrotka’, której urody nie przyćmił nawet brud i ciemność kanałów. Pracowała w gdańskim ‚wybrzeżu’ i to w gdańsku zginęła, również tragicznie, przez wiele lat zmagając się z własnymi emocjami. ‚korab’, jej filmowy partner z ‚kanału’, czyli tadeusz janczar, po latach świetnych ról i nagród, wycofał się z grania z powodu problemów psychicznych. okazuje się, że koszt emocjonalny, jaki zmuszony jest ponosić aktor grający ważne role jest wielki, tym większy, im lepsze są kreacje jakie tworzy.

sam andrzej wajda, w cudowny sposób wychodzi ze wszystkiego bez żadnego szwanku. pogodny, cudownie błyskotliwy, z pokorą wysłuchujący rad zwykłego szatniarza i szanujący indywidualność aktorów. podziwiający i dopingujący młodym. a filmy jakie tworzy są przecież genialne. dobór tematów to dosłownie polskość w pigułce. patos i patriotyzm, bohaterstwo pokazane rzeczowo, ale tragicznie, obrane ze złudzeń, za to jakby na kolanach, w uniżeniu przed ludzkim poświęceniem. jeśli nie rozumiesz ‚kanału’, ‚popiołu i diamentu’, oraz wielu innych jego pięknych filmów, być może nie rozumiesz Polski.

i wreszcie polska szkoła filmowa, która zaczęła się właśnie od pierwszego z tych filmów. polska szkoła to szkoła mówienia obrazem. wyrosła z konieczności, wobec działań komunistycznej cenzury, definiując piękny obraz jako płaszczyznę porozumienia pomiędzy reżyserem a widzami. ten obraz był początkowo czarno biały, pełen kontrastów i bardzo nośny. tak nośny, że treści polskich filmów doskonale rozumiane były za granicą, stąd właśnie wzięła się popularność  i międzynarodowe nagrody. z całą pewnością, andrzej wajda to nie tylko reżyser, to również z malarz a w głębi serca – ojciec Polaków. jeden z największych patriotów, jakich dane mi było poznać.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

brzytwa ockhama

był rok świstaka, a teraz będzie rok brzytwy ockhama.

czują to moje kości, neurony i wszystkie komórki wirtualne, odpowiedzialne za wizje przyszłości. namnożyło się nam bytów ponad miarę. procedur, praw, ustaw i przepisów. każdy produkt musi być policzony, opisany i zaszeregowany. czipami i numerami identyfikuje się teraz psy i ludzi. kiedy ukradną ci dokumenty, poczujesz o czym mowa. mania opisywania i zliczania stała się naszą obsesją. byt bez indeksu nie istnieje. byt bez bitu (kwantu informacji) nie istnieje.

informacja o chorobie i pacjencie, stała się ważniejsza niż pacjent. reklama programu stała się ważniejsza niż program telewizyjny. raport z badań naukowych stał się ważniejszy niż badania. certyfikat produktu jest ważniejszy niż produkt. można zapomnieć o dziecku w samochodzie, ale pamięta się o zarobieniu na jego utrzymanie. ba! można wziąć ślub w urzędzie i zapomnieć być małżonkiem. mieć świadectwo ukończenia szkoły w ręku, a zapomnieć się nauczyć. itd.

dlatego musi przyjść rok wielkiej brzytwy. i to będzie ten rok.

brzytwa ockhama – za wikipedią, zasada, zgodnie z którą w wyjaśnianiu zjawisk należy dążyć do prostoty, wybierając takie wyjaśnienia, które opierają się na jak najmniejszej liczbie założeń i pojęć. najbardziej znane sformułowanie tej zasady to zdanie

„nie należy mnożyć bytów ponad potrzebę”

autorstwa siedemnastowiecznego niemieckiego filozofa johannesa clauberga. zasady ekonomii myślenia formułowano już w starożytności (platon w parmenidesie, arystoteles w fizyce) oraz w filozofii średniowiecznej (bonawentura i jan duns). ockham zradykalizował jednak te twierdzenia i uczynił istotnym elementem swojej filozofii.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

noworocznie

rozważam nadchodzący nowy rok. zbieram za i przeciw. nie wspominam tutaj o rodzinie, przyjaciołach i zdrowiu, bo są moją bazą i umiem ją naprawdę docenić. są! i jest wspaniale.

myślę sobie, że w przyszłym roku chciałabym być ładniejsza. chociaż nie bardzo wiem czemu miałoby to służyć. miłości ludzkiej nie zaskarbia się urodą, a już na pewno nie urodą modelki, raczej urokiem wewnętrznym i osobowością. ale chciałabym. chciałabym też być mądrzejsza, choć z drugiej strony już jestem naprawdę mądra, i stąd wiem, że sama mądrość nie spełnia człowieka. do spełnienia potrzeba dużo wewnętrznej siły, konsekwencji a czasem również szczęścia. no to chciałabym być bardziej konsekwentna, z czym mam problem. zwłaszcza w wychowywaniu dzieci.

tymczasem, ni stąd ni zowąd, wychodzi moja niechęć do pełnienia roli żelaznej helgi, owa żelazność stoi w sprzeczności z miękkością serca. będąc doskonałą i zaplanowaną, przestanę być przecież emocjonalna i wydaje mi się, że coś zyskam, ale też coś utracę. może poezję? tak źle i tak niedobrze.

wymyślam dalej. życzę więc sobie dużo szczęścia na nowy rok, ale po chwili dochodzę do wniosku, że szczęście dane z góry przeznaczone jest dla leniwych i fuksiarzy. ludzie pracowici odnajdują je sami. wybieram więc drugą opcję, nad szczęściem wolę mieć kontrolę osobiście.

ostatecznie, wychodzi na to, że niczego od nikogo nie chcę. wszystko mogę wypracować sama lub dojść do wniosku, że więcej mi nie trzeba. (ach! zarozumialstwo…) w tym roku życzę sobie dokończenia doktoratu i wspaniałej podróży. wam również, wszystkiego czego zapragniecie.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

jeszcze żyjemy

*** (jeśli to czytasz, to żyjemy)

jeśli to czytasz, to żyjemy. przyślij potrzebne poduszki i koce.
odbudujemy dorosłość po męsku. w kieszeniach scyzoryk, garść zapałek.

widziałem te sny z kryjówek pod stołem. chłopców, co pękali z odwagi.
widziałem te sny z aut. z tylnych siedzeń wkładane w spocone dłonie dilerów.

dorosłość to kruszenie szkła i spokój, żeby je pozbierać
twoimi palcami, wiecznie ciepłymi jak od pieczenia chleba.

dorosłość przykłada czoło do czoła. przed tobą bliskość to była wilgoć.
tlenie się słomy, gnicie drewna. dziękuję, jest czerwiec i spójrz, jestem silny.

Marcin Baran

z minionych dni i nocy, tysięcy przeżytych i zmarnowanych, z milionów sekund szczęścia wyciągamy wnioski. nie pozostaną w nas dłużej niż do przyszłej niedzieli, kiedy już minie w nas noworoczne upojenie światłem, alkoholem i miłością lub też kiedy otrząśniemy się z samotności, tej wewnętrznej, najtrudniejszej.

ze wszystkich tych rzeczy najważniejsze jest, że jednak żyjemy. a w takim wypadku wszystko można jeszcze odwrócić.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

o północy w paryżu

każdy kto choć raz w życiu bywał w paryżu, wie z pewnością, że to miasto piękne i magiczne. przyciąga jak magnes i nie ma co się nad tym rozwodzić, należy przyjąć to za pewnik. film woody allena „o północy w paryżu”, to wprawdzie urokliwa komedia, jednak nie tyle lekka co naprawdę inspirująca. do napisania tej notki skłoniły mnie pofilmowe przemyślenia, ale przede wszystkim przeczytana na jego temat recenzja, lekceważąca największą wartość tego filmowego dzieła.

ale do rzeczy. zacznijmy od tego, że film opowiada o parze amerykańskich narzeczonych, spędzających w paryżu swój „miesiąc przedmiodowy”, tj. przygotowujacych się do zorganizowania ślubu i wesela. narzeczony to pisarz o nieugruntowanej jeszcze karierze zawodowej, usilnie poszukujący nowej scenerii i weny potrzebnej do ukończenia książki. czar owego allenowskiego filmu nie polega jednak na śmiesznych dialogach ani na sentymentalnych widokach paryża, nie jest to też historia niedobranej pary, czy studium rozpadu związku dwojga ludzi. nie! „o północy w paryżu” to film, w którym ocieramy się o życie dawnej bohemy artystycznej i wąchamy zapach minionych lat. wprawdzie reżyser dawkuje nam doznania i pozostawia niedosyt w każdej ze scen, to jednak udaje mu się pokazać kolejno po sobie lub razem: sylwetki Scotta Fitzgeralda, Ernesta Hemingwaya, Gertrudę Stein, Pabla Picasso i Luisa Bunela. bohema paryża, ktora żyje w tym cudownym czasie, zapładnia się wzajemnie intelektualnie i rodzi kolejnych artystów, tworząc z paryża prawdziwy artystyczny raj.

podróżujący w czasie główny bohater co noc trafia do artystycznego tygla, przy okazji wiele się uczy ale przekazuje też swoje oryginalne myśli napotkanym bohaterom. podejrzewamy, że zmieni to historię ich twórczości, mamy więc element sf, a dla znawców sztuki również miłe historyczne smaczki. ale to drobiazgi, do prawdziwego odkrycia prowadzi nas bowiem drugoplanowa bohaterka adrianne, muza artystów. otóż adrianne, pochodząc z przeszłości tęskni za czasem jeszcze bardziej odległym od tego, w jaki cofa się co noc nasz młody pisarz.

rola muzy jest zazwyczaj rolą podrzędną, jednak w filmie to ona jest kołem zamachowym dla wielu toczących się wydarzeń, i to ona uzmysławia bohaterowi, że … nie zdradzając do końca fabuły, napiszę tylko, że po tym filmie stało się jasne, że cenimy głównie to co już przeminęło, podczas, kiedy prawdziwi wielcy artyści żyją być może pośród nas, a każde napisane czy wypowiedziane przez nas słowo może być zaczątkiem wielkiej powieści.

korzystając z tej nauki, jeden z następnych wpisów chciałabym poświęcić pisarce o wielkim umyśle, którą widuję czasem na spacerze z psem, w mojej własnej dzielnicy!

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

pupilek

tym razem kir bułyczow, mój ulubiony pisarz sf i jego książka, a właściwie dłuższe opowiadanie; „pupilek”.

kirył znów robi na mnie wielkie wrażenie. nie jest to pisarz genialnie operujący słowem, jego krótkie opowiadanka są zdecydowanie lepsze niż te długie, bowiem (takie jest moje skromne zdanie) autor gubi się nieco w konstruowaniu akcji. tekst traci na spójności, a wstawki wyjaśniające następujące po sobie fakty są trochę jak koła ratunkowe rzucone na pomoc fabule i nie do końca jesteśmy przekonani, czy autor spodziewał się, że ich użyje.

wracając jednak do wielkiego wrażenia, muszę przyznać, że sf to mój ukochany dział literacki, daje mi zawsze wiele przemyśleń i uwalnia umysł ze stereotypowego myślenia. kir bulyczow opisuje w swym opowiadaniu życie ludzi, jakie przyszło im wieść w sto lat po najeździe przybyszów z kosmosu. rzecz się dzieje na obszarze rosji i dotyczy jej szczątkowej kultury, wyniszczonej przez okupanta – rasę wielkich jaszczurów, traktujących ludzi w sposób zbliżony do tego w jaki my traktujemy zwierzęta domowe. ludzie żyja w upokorzeniu i upodleniu, nie mają nic na własność, są pozbawieni dostępu do wiedzy, nie wolno im nawet zachowywać żadnych więzi rodzinnych, ponieważ dzieci odbierane są matkom zaraz po wykarmieniu. ten stan rzeczy traktowany jest jednak jako zwyczajny standard życia. tytułowy pupilek, pozbawiony własnego rozumowania żyje w przekonaniu, że swój byt zawdzięcza okupantowi, który jest zbawcą dla całej ludzkiej rasy, troszczy się o pupilka i chroni go przed samounicestwieniem.

czytelnik nie od razu łapie się w absurdzie sytuacji. staje się on wyraźniejszy w miarę czytania i zmusza do myślenia, nie tyle poprzez barwność całej opowieści co przez jej wielopoziomowość (oprócz rasy panów, jest jeszcze rasa myślących robaków, której całkowicie odebrano prawo do życia oraz rasy międzygwiezdnych inspektorów). wzajemne zależności interesów pomiędzy rasami, upodmiotowienie człowieka, wyzysk istot wyżej myślących przez te z niższego szczebla rozwoju, ale wykorzystujące lepsze zdobycze cywilizacyjne, wreszcie tworzenie systemów społecznych opartych na fałszywie wpajanych wartościach, to wielka analogia rosji.

to wielka analogia mojego życia. i twojego.
po przeczytaniu tego opowiadania rodzi sie we mnie pytanie: czy świadomość bycia pupilkiem może zwrócić nam wolność?

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

waga poezji

jeśli chcesz tworzyć poezję musisz pozostawać w zgodzie ze sobą. jedynie wewnętrzna szczerość pozwala pisać w sposób głębszy i bardziej wytrawny, wciągający czytelnika.

od kilku lat podczytuję współczesną poezję internetową. jestem pasjonatką, i owszem. doszłam do wniosku, że w zasadzie temat wiersza nie jest wcale istotny. można pisać i o sercu i o aniołach, ale też o miłości do miejsc i chwil minionych. można pisać wiersze zmyślone, o rzeczach które się nigdy nie zdarzyły, tworzyć fikcję, tkać poetycką fabułę. rozpinać sieci słów wokół nastrojowych obrazów przyrody. można pisać soczyście, piętrzyć emocje, wzburzać krew montując sugestywny przekaz, za pomocą kilku ostrych liter. można rozmydlać krajobraz, ukrywając między linijkami najważniejsze myśli filozoficzne świata.

pisanie to jednak zawsze rozdawanie siebie. tracenie siebie po kawałeczku. owe kawałeczki muszą być oddawane ofiarną ręką, nie z łaski, muszą być cenne a najlepiej bezcenne czyli takie, po których „oddaniu” czegoś wewnątrz brakuje.

i właśnie temu jest lżej.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj